Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 4


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Kariera naukowa w Polsca i w świecie > Moje trzy powroty do kraju
,

Powrót drugi

Powrót z mojego dwuletniego stażu na Uniwersytecie w Cambridge w Anglii, na który wyjechałam po doktoracie, trwał długo i graniczył ze skandalem. Trwał stan wojenny. Posiadałam paszport służbowy, który nie uprawniał mnie do podróżowania poza Wielką Brytanię. Przez dwa lata pobytu w Cambridge nie odwiedziłam nawet Oxfordu. Z perspektywy lat nie mogę tego odżałować. Byłam jednak stypendystką dwóch prestiżowych organizacji: Europejskiej Fundacji Naukowej oraz The Wellcome Trust, a to zobowiązywało.
Nie zobowiązywało to jednak Polskiej Akademii Nauk oraz mojego macierzystego Instytutu do niczego: na kilkutygodniowy naukowy wyjazd do Bostonu (USA) w ramach pracy w Cambridge nie uzyskałam zgody. Nikt również nie chciał mi ułatwić kontaktów w Polsce, które pomogłyby mi rozwinąć po powrocie temat badawczy, w który zagłębiłam się w Cambridge. Żądano po prostu powrotu, który przeciągałam. Mogłam też nie wrócić, tak jak to uczynilo w tym okresie wielu moich znajomych, miałam przecież w kieszeni kontrakt na wyjazd do USA i wystarczyło wtedy podjęcie decyzji o emigracji. Bilet powrotny Londyn-Warszawa zarezerwowałam w odpowiedzi na telefon mojej prawie 90-letniej Babci. Nie słyszałam jej głosu przez 2 lata. To właśnie na jej adres wysłano informację o moim zwolnieniu z pracy. Telefonowała od szewca z dołu, bo sama nie miała telefonu. To było nie do przebicia. Znajomi powitali mnie zgryźliwie na lotnisku: Wróciłaś żeby zrobić tu Nobla!
Po powrocie, przez 6 miesięcy w pracowni zajmującej kilka pomieszczeń nie znaleziono dla mnie stałego biurka. Znalazłam miejsce na szerokim parapecie okna. Południowe słońce podnosiło mi nieco nastrój. O kontynuowaniu tematyki badań, które dotyczyły innej, nowo powstającej, fascynującej dziedziny: psychoneuroendokrynologii, nie było mowy. Powtórzyła się sytuacja z powrotu pierwszego: choć ponownie byłam mało konkurencyjną specjalistką, to moim zadaniem było uczestniczenie w aktualnym programie pracowni oraz pomaganie w pisaniu, poprawianiu najnowszej książki profesora.
W miesiąc po powrocie miałam świadomość klęski, powzięcia błędnej decyzji oraz zmarnowania szansy. 10 lat do tyłu. Nie zaadoptowałam się przez następnych 7 lat. Pracowałam sama w mojej słonecznej niszy, zaczęłam pocieszać się dydaktyką, podtrzymywałam kontakty, dużo pisałam i ciągle udawało mi się publikować w czasopismach naukowych o randze międzynarodowej. Zapraszano mnie do wymiany myśli na lamach dyskusji problemowych, a nawet zaproszono do napisania rozdziału książki wydawanej przez prestiżowe wydawnictwo naukowe. To były moje sukcesy i tylko one dawały mi napęd. Mój ukochany Instytut, którego wciąż czułam się dzieckiem w niczym nie przypominał tego z końca lat 70-tych i bardzo niemile wspominam ten okres, który przecież był tak znaczący dla budowania naszej demokracji. Na szczęście zakochałam się, a potem uciekłam w macierzyństwo, co niewątpliwie wypełniło mi pustkę, brak intensywnych, prawdziwych kontaktów naukowych, do których przywykłam w Cambridge. Po odchowaniu dziecka problem jednak wrócił, więc czym prędzej wyjechałam na tzw. wymianę naukową z Uniwersytetem Stanu Minnesota w USA. Wyjeżdżając, wstrzymałam moją habilitację, na którą i tak krzywo spoglądano - byli inni desygnowani, którzy przecież powinni zrobić habilitację przede mną, by uzyskać odpowiednie stanowisko. Czy warto było wtedy walczyć? Wolałam się nauczyć czegoś nowego, poznać nowa metodykę badań. Tęskniłam do ludzi, których praca naukowa fascynuje i wypełnia im życie, do tematów badań, które odzwierciedlają aktualne problemy nauki, do ludzi podróżujących po świecie a nie kurczowo trzymających się stołków i awansujących przez eliminacje potencjalnych przeciwników.


Powrót trzeci

I znowu, weszłam w nadzwyczaj ciekawe środowisko naukowe, poznałam nową dla mnie metodykę badawczą i stałam się specjalistką w mało rozpowszechnionej w Polsce dziedzinie. Za datę graniczną powrotu uznałam możliwość podjęcia nauki w polskiej szkole przez moje dziecko. Istnieje taki czas przełomu, którego nie należy przekraczać, bo po nim, powrót będzie bardzo, bardzo trudny, prawie niemożliwy. Poszukiwanie odpowiedniego dla moich kwalifikacji miejsca pracy w Polsce podjęłam na dwa lata przed planowanym powrotem. Oznaczało to dużą ilość poważnych listów oraz spotkań podczas moich wakacyjnych pobytów. Nie chciałam spudłować. Znałam juz złą stronę powrotów. Moje przykre doświadczenia drugiego powrotu zniechęcały mnie jednak do powrotu do macierzystego Instytutu PAN i w koncu podpisałam umowę o pracę z Akademią Medyczną w Poznaniu, z którą korespondowałam przez ponad rok. Wszystko wyglądało poważnie, nawet zaproszono mnie do wygłoszenia gościnnie wykładu. Do tej decyzji zachęciła mnie perspektywa prowadzenia dydaktyki w języku angielskim na tamtejszej Akademii Medycznej. Poznań, z perspektywy moich wakacyjnych przyjazdów do Polski wydawał mi się bardziej cywilizowany niż rodzinne Kraków i Warszawa. Europejski. W mediach szczycił się czystością ekologiczną, wydawał się łatwiejszy do życia dla dziecka, które nigdy nie korzystało ze środków komunikacji miejskiej w wielkim mieście.
Zatrudniona zostałam na etacie asystenta (choć z Polski wyjechałam jako kilkuletni adiunkt PAN) i juz w ciągu pierwszych trzech miesięcy okazało się, że nie tylko nie odpowiada ono moim kwalifikacjom (pracę asystenta podejmują często studenci wyższych lat AM), lecz również nie daje możliwości do kontynuowania mojej pracy badawczej. Profesorowie, którzy mnie zapraszali i obdarzali hojnie epistolarnymi komplementami, na miejscu okazali całkowity brak zainteresowania sprawą współpracy. Zapraszano mnie natomiast na charytatywne koncerty gdzie byłam witana z puszką na datki na rozwój instytucji. Pomimo iż moje małe projekty badawcze zostały zatwierdzone przez AM i uzyskałam nawet drobne fundusze na badania, przez dwa lata nie zostałam wpuszczona do laboratorium, ani też nie udostępniono mi materiału badawczego. Rozmowy przenoszono na dalsze terminy. Mój duży, autorski projekt badawczy rozpisany na kilka zakładów AM bardzo spodobał się Komitetowi Badań Naukowych. Polecono jednak rewizję kosztorysu oraz redukcję osób, które miały w projekcie uczestniczyć, a te sprawy nie zależały juz ode mnie. Zrezygnowałam widząc jak mój projekt rozmienia się na pazerność osób, które po prostu chcą dostać dodatkowe pieniądze, a ja nadal nie jestem wpuszczana do laboratorium.
Po dwóch latach zdecydowałam się zawierzyć szefowi innej pracowni, który zaoferował mi całkowicie nie odpowiadające mojemu wykształceniu stanowisko pracy (starszy specjalista naukowo-techniczny czyli tak naprawdę laborant) w zamian za możliwość pracy badawczej oraz ułatwienie zrealizowania mojego wymarzonego celu dydaktycznego (wprowadzenie przeze mnie na AM wykładów z dziedziny, która aktualnie reprezentowałam). Pracownię znałam z publikacji w renomowanych czasopismach naukowych, ponieważ posługiwano się podobną metodyką badań. To było ryzykowne, ale profesor odchodził za kilka miesięcy na emeryturę, w związku z czym w sposób oczywisty zwalniał się etat, na którym mogłabym być zatrudniona. Ta logika szybko jednak okazała się błędna, ja miałam po prostu być pomocą techniczną dla następcy szefa oraz jego doktorantki, dostarczać informacji naukowych, opracowywać projekty naukowe na ich konto, bez prawa głosu do uwag krytycznych co do funkcjonowania pracowni i aparatury, które całkowicie nie nadawały się do prowadzenia wiarygodnych badań naukowych. O mojej habilitacji nie było juz oczywiście mowy - zostałam z "własnego wyboru" laborantką. Próby otwarcia przewodu habilitacyjnego poza AM spełzły na niczym. Mój dawny Instytut PAN, który mnie ukształtował naukowo, odesłał moją aplikację z sugestią żebym otworzyła przewód w uczelni macierzystej, ponieważ mają kolejki! To była kpina. Z innej instytucji do której wysłałam dokumentację zatelefonowano prosząc o jej wycofanie. Nie zgodziłam się. Nie po to od lat 10 starałam się zostać niezależnym pracownikiem naukowym, żebym ją miała wycofywać. Po kilku miesiącach odesłano mi rozprawę habilitacyjną stwierdzając, że nie spełnia ona wymogów, a szczególnym zaś zarzutem było, że tytuł nie odpowiada treści. Moi pracodawcy uznali, ze skoro mam ambicje i nie będę im służyć wypędzą mnie mobbingiem, który choć był groteskowy, to kosztował mnie zdrowie. Dzięki interwencji oraz naciskom z zewnątrz, zostałam jednak zatrudniona w Szpitalu Klinicznym AM na stanowisku psychologa. Ten etat już nic nie miał wspólnego z pracą naukową, miał jednak dostarczyć mi dalszej dawki mobbingu żebym wreszcie zrezygnowała. Nie dałam za wygraną, dysponowałam przecież możliwościami mojego prywatnego warsztatu psychologicznego. Szpital zaskoczony faktem pojawiania się pod moim gabinetem kolejek pacjentów rozwiązał ze mną umowę biorąc na siebie winę braku pieniędzy na finansowanie etatu.
Interwencje Zespołu do spraw Etyki Komitetu Badan Naukowych PAN w mojej sprawie, a nawet uciekanie się do autorytetu Ministra Nauki okazały się śmiesznie bezskuteczne wobec paragrafów oraz moich podpisów pod precyzyjnymi acz niezrozumiałymi dla mnie w chwili ich podpisywania umów o pracę.





strony: [1] [2] [3]
nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.059 | powered by jPORTAL 2