Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 7


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Reformy systemu nauki i edukacji > Tykalność nietykalnych.Korespondencja z USA

Cezary Wójcik

Tykalność nietykalnych.

Korespondencja z USA

Na łamach NFA poświęciliśmy wiele energii na wychwalanie anglosaskiego systemu uprawiania nauki, postulując jego adaptację do polskich realiów. Niestety, każdy system, także anglosaski, ma swoje ograniczenia. Obecny kryzys finansowy w USA odbił się na amerykańskiej nauce, doprowadzając do jej największej zapaści od wielu lat.

Nauka w Ameryce nakręcana jest oczywiście przez pieniądze. Większość amerykańskich uczelni zajmuje się przede wszystkim dydaktyką, nauczając jedynie na poziomie licencjatu lub magisterium (tzw. undergraduate campus albo college) podczas gdy mniejszość uczelni prowadzi poza „undergraduate” też studia doktoranckie(tzw. „postgraduate” ) co wiąże się z prowadzeniem badań naukowych.

O ile dla pierwszego rodzaju uczelni czesne od studentów stanowi główne źródło zarobku, o tyle drugi rodzaj uczelni zarabia mnóstwo pieniędzy na tzw. kosztach pośrednich od projektów badawczych. Znakomite wyniki kształcenia oraz jakość badań naukowych zachęcają z kolei prywatnych darczyńców do przekazywania pieniędzy danej uczelni.

Ponadto pieniądze płyną jeszcze z patentów, z działalności usługowej (np. w szkołach medycznych), z dofinansowania przez władze stanowe oraz z zarobków na rynkach kapitałowych.

Wołem roboczym tego systemu jest amerykański naukowiec, którego sukces mierzy się bezpośrednio ilością ściągniętych na uczelnię pieniędzy, co pośrednio odzwierciedla poziom uprawianej przez danego naukowca nauki.

Stanowiska akademickie obsadza się na drodze otwartych konkursów, w których wygrywają doktorzy wykazujący się potencjałem umożliwiającym zdobycie zewnętrznych grantów.

Młody doktor zostaje mianowany profesorem pomocniczym, dostając wyjściowy kontrakt na trzy lata oraz pieniądze z tzw. start-up, czyli funduszu początkowego.

Nowo mianowany profesor pomocniczy jest z reguły zwolniony z większości obowiązków dydaktycznych, natomiast cały swój wysiłek musi skupić na utworzeniu swojej grupy badawczej składającej się zwykle z technika oraz kilku doktorantów, po to by wyprodukować dane, niezbędne do wykorzystania jako tzw. wyniki wstępne w aplikacji grantowej.

Trzy lata po zatrudnieniu zbiera się specjalna komisja, która ocenia postęp naukowca w osiągnięciu wymarzonego celu, którym jest tzw. P&T czyli uzyskanie promocji i tenury.

Promocja oznacza uzyskanie statusu profesora nadzwyczajnego, co związane jest ze znaczącą podwyżką pensji, podczas gdy tenura oznacza swego rodzaju nieusuwalność z uczelni, będąca dalekim odpowiednikiem polskiej habilitacji.

Komisja oceniająca kandydata bierze pod uwagę jego publikacje, próby uzyskania grantów, rekomendację szefa jednostki oraz władz dziekańskich jak również ogólny rozwój kariery naukowej w kierunku „doskonałości w danej dziedzinie badań i prestiżu na arenie krajowej i międzynarodowej”.

W przypadku pozytywnej opinii, kandydat ma przed sobą następne trzy lata intensywnej pracy do czasu ponownego zebrania się komisji. Tym razem ocena jest bardziej surowa.

Wymagane jest wykazanie się osiągnięciami nie tylko w nauce, lecz także na polu dydaktyki. Niezbędna jest opinia kilku niezależnych ekspertów spoza macierzystej uczelni. No i warunek najważniejszy – potrzebne są pieniądze zdobyte pod postacią grantów poza murami uczelni, a więc w prywatnych fundacjach i/lub rozmaitych agencjach federalnych.

Pieniądze „ekstramuralne” są potrzebne nie tylko na zakup odczynników, zatrudnienie personelu i wynajęcie pomieszczeń od uczelni, lecz zapewniają one także 40-60% pensji samego profesora.

Bez spełnienia tych warunków kandydat dostaje wypowiedzenie i musi sobie szukać pracy gdzie indziej.

Uzyskanie P&T powodowało do niedawna głośny oddech ulgi umęczonego naukowca. Tenura zapewnia bowiem swego rodzaju polisę ubezpieczeniową, dając profesorowi komfort pracy – gdyby mu się noga poślizgnęła, gdyby nie dostał grantów, to nie zostanie wyrzucony z uczelni, byleby tylko spełniał swoje pozostałe obowiązki.

Tenura miała swoje uzasadnienie, kiedy ją wprowadzono na kierunkach humanistycznych, celem zapobieżenia usuwaniu przez władze uczelni niewygodnych politycznie wykładowców, obecnie jednak występuje na praktycznie każdej uczelni amerykańskiej, niezależnie od kierunku.

Choć krytycy tenury twierdzą, że działa ona demobilizująco na naukowców, to praktyka wykazuje jednak, że większość naukowców z tenurą dalej intensywnie pracuje, walczy i zdobywa granty.

Obrońcy tenury utrzymują, że rekompensuje ona znacznie niższe wynagrodzenia na uczelniach w porównaniu z przemysłem.

W przeciętnym zakładzie na amerykańskiej uczelni 80-90% profesorów zajmowało się do niedawna przede wszystkim pracą naukową, jedynie z rzadka prowadząc zajęcia ze studentami.

Dydaktyką i administracją zajmowało się tych pozostałych 10-20% profesorów, którym z różnych powodów albo się już nie chciało prowadzić badań naukowych, albo którzy „wypadli z obiegu” w konkurencji z młodszymi lub też z powodu chorób i innych przyczyn osobistych.

System ten sprawował się dość dobrze, dopóki w systemie były pieniądze na badania wprowadzane przez rząd federalny. Niestety, system finansowania nauki zawierał prostą receptę na sukces dla każdej uczelni: należy budować nowe laboratoria, zatrudniać jak najlepszych uczonych, dawać im jak najwięcej pieniędzy z funduszu początkowego, a oni już sprowadzą z powrotem na uczelnię pieniądze pod postacią grantów.

Podwojenie budżetu Narodowych Instytutów Zdrowia (NIH) w latach 90-tych zaowocowało imigracją do USA najlepszych uczonych z całego świata, wykształceniem nowego pokolenia doktorów oraz rozbudową infrastruktury naukowej większości amerykańskich uczelni. Uczelnie zatrudniły całe rzesze nowych profesorów pomocniczych.

Tymczasem nastały rządy Busha a pieniądze zamiast na naukę poszły na wojnę w Iraku. Oznaczało to więcej naukowców do konkurencji o mniejszą ilość pieniędzy. Walka o byt przybrała charakter brutalny.

O ile w latach 90-tych ponad 20% skierowanych do NIH projektów badawczych ulegało finansowaniu, o tyle obecnie jedynie 5-7% projektów może liczyć na finansowanie. Do tego już finansowane projekty obcięto w tym roku o 20%. W tym samym czasie zmniejszyła się też hojność prywatnych darczyńców, których zyski zmalały wskutek recesji, inflacji i spadku siły nabywczej dolara.

Kryzys ekonomiczny spowodował również zmniejszenie się nakładów przemysłu na badania i rozwój. O ile naukowcy w największych ośrodkach wychodzą jak na razie z tego kryzysu obronną ręką, o tyle stan obecny oznacza koniec uprawiania nauki na wielu mniejszych amerykańskich uczelniach.

Wiadomo, jak jest głód to gruby najwyżej schudnie, ale chudy umrze. W wielu mniejszych uczelniach proporcje profesorów uprawiających naukę odwróciły się, gdyż obecnie tylko 10-20% spośród nich ma pieniądze na badania.

O ile profesorów pomocniczych można zwyczajnie z dnia na dzień zwolnić, o tyle profesorowie z tenurą, a bez grantów stanowią w tej chwili olbrzymi ciężar finansowy dla małych uczelni. Rozwiązanie sytuacji pojawiło się same – małe uniwersytety rozpoczęły reorganizację zakładów.

W odróżnieniu od polskiej habilitacji, która nadawana jest na całe życie, tenura wiąże się nie tylko z jedną uczelnią, ale też z reguły z jedną jednostką organizacyjną uczelni.

Rozpoczęto więc w Ameryce niespotykaną dotychczas reorganizację uczelni. Rozwiązuje się całe zakłady, a na ich miejsce powołuje nowe, gdzie zatrudnia się tych profesorów którzy mają jeszcze fundusze na badania. Przy okazji zatrudnia się ich ponownie bez tenury, tak więc jeżeli stracą granty, znajdą się na bruku podobnie jak ich pozostali koledzy z 15-20 letnim stażem.

Część tych profesorów znajdzie zapewne zatrudnienie w przemyśle, inni zatrudnią się w amerykańskich i zagranicznych uczelniach z drugiej i trzeciej ligi edukacyjnej. Ich rodzinne uczelnie przeczekają kryzys w odchudzonym składzie.

Na polu bitwy zostaną najlepsi, czekając na zwiekszenie funduszy na badań, które niechybnie nastąpi po dojściu do władzy demokratycznego następcy Busha.

Tenura okazała się fikcją i papierkiem, nieusuwalni okazali się łatwi do usunięcia. Przetrwa najlepszy, po trupach tych, którzy nie umieją sprostać konkurencji. Business is business.

Cezary Wójcik

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.115 | powered by jPORTAL 2