Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Darmowy program a...
Mobbing uczelniany
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 2


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > WHISTLEBLOWING > List do NFA w sprawie Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego

Jakub Paweł Cygan

List do NFA w sprawie   Polskiej  Stacji Antarktycznej

im. Henryka Arctowskiego

Mój list jest wyrazem zaniepokojenia tym, z czym zetknąłem się w trakcie mojego ubiegłorocznego pobytu roku na Stacji im. Henryka Arctowskiego. Czas mija, a ciągle jeszcze nie zostały zapoczątkowane zmiany, które doprowadziłyby tę placówkę do pożądanego stanu, tak by była dla nas powodem do dumy. I jako placówka naukowa, przede wszystkim służyła celom z nauką związanym.

Jako jeden z sześciu członków XXXI Polskiej Wyprawy Antarktycznej spędziłem zimę 2007 roku na Stacji im. Henryka Arctowskiego. Zjawiłem się tam w marcu i do 7 kwietnia mogłem rozmawiać z osobami, które spędziły na niej lato, tak naukowcami, jak i pracownikami technicznymi. Po ich wyjeździe rozmawiałem wielokrotnie z dwoma pozostałymi na zimę pracownikami technicznymi. Moje rozmowy były na początku ograniczone do słuchania ich opinii na temat tego jak stacja jest zorganizowana i zarządzana, a także z jakimi zachowaniami niektórych osób zetknęli się w trakcie swojego pobytu. Po zorientowaniu się, jak bardzo to co się dzieje na Stacji odbiega od przedstawionego mi w Warszawie i pożądanego stanu, rozmowy te stały się konkretną wymiana opinii i pomysłów, jak zaradzić temu, co budziło nasz niepokój.

O wnioskach płynących z tych rozmów, pomysłach na usprawnienie funkcjonowania Stacji, etc. informowałem dyrektora Zakładu Biologii PAN, dr. hab. Andrzeja Tatura w listach wysyłanych do niego drogą elektroniczną. Na większość listów nie dostałem do dzisiaj odpowiedzi. W tych, które otrzymałem bagatelizował on nieprawidłowości, wręcz uznawał je za naturalne, uchylał się od odpowiedzi na moje pytania. I właśnie dlatego postanowiłem swoimi przemyśleniami podzielić się z Panami, jako osobami, do których mam zaufanie, a które mają wpływ na działalność ZBA PAN i Polskiej Stacji Antarktycznej.

Zacznę od początku mojej przygody z "Arctowskim". Otóż, kiedy zaproponowano mi udział w XXXI wyprawie do Antarktyki nie zastanawiałem się zbyt długo. Propozycja wydala mi się interesująca, zwłaszcza że od jakiegoś czasu miałem pomysł konkretnych badań, które mógłbym tam przeprowadzić. Na miejsce miałem dopłynąć statkiem razem z całą grupą, by zajmować się monitoringiem ssaków pletwonogich. Usłyszałem wtedy, że taka osoba spędza na Stacji cały rok, bez możliwości pozostania tylko na lato, co wiąże się z oszczędnością, i tak skąpego, budżetu wypraw antarktycznych. I jest praktykowane od momentu powstania tej placówki. Jednak po jakimś czasie dyrektor ZBA PAN, Andrzej Tatur, zmienił swoją decyzje, Na moje miejsce na lato miała pojechać, i pojechała, córka kierownika XXXI wyprawy. Dyrektor napisał mi w liście, że musi tak postąpić, ponieważ jej ojciec zgodził się być kierownikiem pod warunkiem, że spędzą razem lato na Stacji, a ona będzie zajmować się monitoringiem płetwonogich. Zaproponował mi wtedy kilka rozwiązań, a ja zgodziłem się ostatecznie na opóźnienie mojego wyjazdu o pól roku, czyli przyjazd na zimę i pozostanie na Stacji na lato. Dawało mi to możliwość bycia w Arktyce od początku sezonu lęgowego i dzięki temu wykonania nie tylko planowanego monitoringu, ale i innych badań, dotyczących komunikacji głosowej pingwinów.

Mój pobyt został jednak skrócony, wbrew wcześniejszym ustaleniom i Stację opuściłem na początku listopada, a moje miejsce zajął mgr Krzysztof Banach (nota bene nie mający żadnego doświadczenia w badaniach ptaków – jako 68 letni, emerytowany pracownik techniczny zlikwidowanego w 2002 roku Instytutu Ekologii PAN, zajmował się odłowem drobnych gryzoni w pułapki żywołowne). W ten sposób zmarnowano pieniądze wydane na podroż dwóch osób, a także koszty naszego jednoczesnego pobytu na stacji (wynosi on 125 złotych za dobę). Szacuję, że jest to kwota przekraczająca 10 tysięcy złotych. Można zaryzykować twierdzenie, ze dwóm osobom została, wykupiona wycieczka na Antarktydę na koszt polskiego podatnika. Przypomnę w tym miejscu, ze dyrektor Tatur wykluczał początkowo możliwość opłacenia przyjazdu osoby zajmującej się monitoringiem wyłącznie na lato, mając na uwadze oszczędność środków finansowych. Dodam, że dotarły do mnie informacje, że Krzysztof Banach nie był w stanie wypełniać swoich obowiązków z racji na uwarunkowania zdrowotne związane z jego wiekiem.

Jaki jest system organizacji wypraw? Otóż przed wyjazdem ZBA PAN zorganizował dwa spotkania z przyszłymi "zimownikami". Nie dostaliśmy w trakcie tych spotkań żadnych informacji o tym, czego powinniśmy się spodziewać podczas zimowania, w jakich będziemy przebywać warunkach, w co powinniśmy się niezbędnie zaopatrzyć, etc. Te bardzo istotne informacje, każdy musiał zdobywać na własna rękę. Efekt był taki, ze niektórzy uczestnicy zimowej wyprawy musieli się ratować pożyczając to czego ze sobą nie zabrali, od osób opuszczających Stacje latem i jesienią.

W ZBA PAN dowiedziałem się, że postępujemy na Stacji zgodnie z przepisami o ochronie środowiska i ratyfikowanym przez Polskę Traktatem Antarktycznym, a wszystko co przywozimy do Antarktyki, potem z niej wywozimy. Na miejscu okazało się, że te chwalebne deklaracje, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Na przykład śmieci z tworzyw sztucznych (kalosze, zużyty olej, kable, pianka uszczelniająca, itp.) palone były, zgodnie z wieloletnią „tradycją”, na wolnym ogniu (mam dokumentujące ten fakt zdjęcia, którymi w razie czego służe), wyczekawszy ograniczenia widoczności, które utrudniałoby dostrzeżenie dymu i uniemożliwiało lot helikopterom. Zawartość szamba, raz na kilka miesięcy, pompowana była do wód zatoki.

Dyrektor ZBA, do którego zwróciłem się z pytaniem jak to jest możliwe, że dopuszczamy się tak nagannego zachowania udzielił mi następującej odpowiedzi: twoja, cyt. "pozycja jest dość wygodna, bo stawia Ciebie poza problemem, a przecież i Ty sam przyczyniłeś się również w jakimś stopniu do zwiększenia ilości ścieków i śmieci na stacji." Oraz: "Nie wiem czy wiesz, że spalanie paliwa w agregatach powoduje emisje do atmosfery metali ciężkich i PAH w ilościach dziesiątki i setki razy przekraczających naturalne tło (patrz ostatnia nasza Ekologia), a o ile wiem to lubisz ciepełko, prawda?" Stwierdził tez, że inne stacje postępują w ten sam sposób. Dodam tylko, ze w regulaminie jaki dano nam do podpisania (nota bene dopiero 14 czerwca, po wielu miesiącach od rozpoczęcia wyprawy) napisane jest, że jesteśmy zobowiązani do przestrzegania przepisów o ochronie środowiska (nie są one sprecyzowane). Regulamin swoim podpisem opatrzył dr hab. Andrzej Tatur, jako dyrektor ZBA PAN. Informacje o tym jak należy postępować z odpadami można znaleźć tez w opublikowanym przez Polish Polar Research artykule Bleasel et al. (1990) "Usuwanie odpadów w Antarktyce" (tom 11: 173-205). Dodam również, ze przed wyjazdem nie zapoznano nas ze specyfika postępowania z odpadami w Antarktyce, tak byśmy wiedzieli co jest dozwolone, a co zabronione (np. dozwolone jest usuwanie scieków biologicznych do morza). Jedyna informacja na ten temat, jest wspomniany paragraf obowiązującego nas regulaminu.

Zainteresowanie problemami związanymi z niedozwolonym międzynarodowymi przepisami paleniem śmieci wykazały zarówno British Antarctic Survey, jak i Greenpeace International. Nie zamierzam ich na razie informować o szczegółach, licząc, że problem zostanie właściwie rozwiązany w naszym własnym, czyli polskim, gronie.

Inna sprawa to organizacja Stacji. Ciągle jeszcze brak jest (po 30 latach jej działania!) procedur, które minimalizowałyby wpływ psychiki osób tu przebywających na sposób jej funkcjonowania. A jest on znaczący. I wynika, w dużej mierze, z zaskakującej niefrasobliwości w doborze uczestników wypraw, zwłaszcza ich kierowników. Pomija się bogatą wiedzę jaka na ten temat istnieje, nie organizuje żadnego oficjalnego naboru, etc. Decydujący glos mają osoby bez odpowiedniego wykształcenia i poziomu intelektualnego. Oto opinia jednego z nich dotycząca naukowców: "Wystarczy im sucha bulka i butelka wody mineralnej, tylko nie gazowanej, bo bąbelki uderzyłyby im do głowy" - przypominam, ze mówimy o stacji naukowej. Efektem jest zatrudnianie osób o wątpliwych kwalifikacjach, często nieposiadających uprawnień do wykonywania prac, których się podejmują, co prowadzi do pogarszania stanu technicznego, zwłaszcza znajdującego się na Stacji sprzętu, a w konsekwencji marnotrawstwa pieniędzy pochodzących z podatków polskich obywateli. W każdej chwili jestem gotów przedstawić konkretne przykłady.

Dodam, ze Brazylijczycy kompletując skład swoich wypraw poświęcają na to prawie rok i kilkanaście osób wybierają spośród około 2000 zgłaszających się ochotników, organizując im obozy szkoleniowe prowadzone przez psychologów, etc. W efekcie na ich stacji zjawia się zgrana grupa zaprzyjaźnionych osób, U Argentyńczyków taka procedura trwa około roku. My nawet nie mamy przeprowadzanych testów psychologicznych, niewspominając o spotkaniu z psychologiem, który opowiedziałby o specyfice zimowania w wąskim gronie na ograniczonej przestrzeni, potencjalnych sytuacjach konfliktowych i radzeniu sobie z nimi. W efekcie zdarza się, ze skłóceni członkowie grupy zimującej biegają za sobą z siekierami - dosłownie. Na szczęście na naszej wyprawie nic takiego się nie wydarzyło. Między innymi dlatego, że doprowadziłem do jedynej wspólnej i poważnej rozmowy (co chyba jest obowiązkiem kierownika - ten ostatni nie wziął w niej udziału), która zdecydowanie poprawiła atmosferę panująca w naszej grupie.

Kolejnym skutkiem wspomnianej niefrasobliwości są kradzieże na innych stacjach jakich dopuszczają się członkowie Polskich Wypraw Antarktycznych (sic!). Znane są wypadki zabrania różnych rzeczy z amerykańskiej (sezonowej) stacji leżącej 2 km od naszej placówki, bez zgody jej właścicieli. Wiosna, kiedy Amerykanie ponownie zjawili się na swojej stacji, w trakcie jednej z licznych wizyt, natrafili u nas na zaginione rzeczy. Komentarz jest chyba zbędny. Podobne "pożyczki" maja miejsce nadal - obecnie z (także sezonowej) stacji peruwiańskiej Machu Picchu. Nie doczekałem się reakcji dyrektora ZBA PAN, którego o tym poinformowałem. Niedawno dowiedziałem się natomiast, że istnieją podobno umowy dotyczące korzystania z pozostawionych produktów (nie byliśmy o tym informowani). Atmosfera jaką otoczona była wizyta na peruwiańskiej stacji oraz rzeczy, które z niej zabrano (jak choćby 100 litrów paliwa - ani nam go nie brakowało, ani nie mogło się "popsuć" podczas zimy, czy album książkowy), sugerują inny charakter wizyty. A co najmniej wykorzystywanie umów do niedozwolonych zachowań.

Inna sprawa to nasze pensje. I sposób w jaki przeprowadza się podpisywanie umów o pracę. Ponieważ na spotkaniach z kandydatami temat pensji nie jest poruszany, oczekiwania opierają się na rozmowach z uczestnikami wcześniejszych wypraw. Większość dowiedziała się o tym dopiero w Gdyni, podczas załadunku statku, tuż przed wypłynięciem w podroż na Antarktydę. Wtedy właśnie zjawiła się tam kadrowa ZBA PAN z umowami o pracę. Jest to procedura wprowadzona za kadencji byłego dyrektora ZBA, która nosi znamiona szantażu. Bo żeby wyjechać na Antarktydę, zwłaszcza na zimowanie, większość osób musi zrezygnować z dotychczasowej pracy. Poza tym jest już ostatecznie zdecydowana, spakowana i zaokrętowana na statku. W takiej sytuacji zdecydowanie łatwiej uzyskać zgodę na niekorzystne wynagrodzenie, niż gdyby umowę podpisywano wcześniej. Dodam, że poprzednia zimowa wyprawa liczyła 13 osób. Nas było tylko sześciu, mieliśmy więc raczej większy zakres obowiązków. Tegoroczna zima była najsnieżniejsza w historii i np. nasz energetyk, doświadczony i naprawdę rzetelny pracownik, wykonywał prace, którą zeszłej zimy wykonywały cztery osoby. O to, czy ma dodatkowe, konieczne umiejętności i uprawnienia nie został przed wyjazdem zapytany. A tylko dzięki jego obecności Stacja pozostawała w "ruchu". Pensja jaka otrzymywał była o ponad 30% niższa niż wynagrodzenie (wszyscy dostajemy takie same pensje) zeszłorocznych "zimowników" – wynikało to najpewniej z braku premii, poprzednio regularnie wypłacanej. Na propozycje zmiany tej sytuacji dr hab. Andrzej Tatur także nie zareagował. Wspomniany pracownik odśnieżył później plac przed halami oraz dojazd z nich do morza, co umożliwiło rozładunek statku. Nie doczekał się za to podziękowania, został natomiast wcześniej odesłany na statek, bo skrytykował sposób w jaki dokonywano przepompowania paliwa ze statku do zbiornika na ladzie, w wyniku czego około 8 tysięcy ton (warte pond 40 000 złotych), których nie udało się przepompować, zostało na statku. Porównując nasze pensje z pensjami innych całorocznych stacji leżących na Wyspie Króla Jerzego okazuje się, że są one najniższe. Niższe od tych jakie otrzymują Argentyńczycy, czy Rosjanie. Z Koreańczykami czy Brazylijczykami nie możemy się nawet porównywać, bo ich pensje wielokrotnie przekraczają nasze. Czy można sobie wyobrazić, żeby za 2700 miesięcznie netto zgodził się na Stację przyjechać specjalista z prawdziwego zdarzenia, inaczej niż przez zaskoczenie? Bo praktycznie każdy tutaj przebywający oczekiwał wynagrodzenia co najmniej równego temu, jakie otrzymywali uczestnicy zeszłorocznej, XXX Wyprawy.

Podobnie ma się rzecz z limitem darmowych minut na połączenia telefoniczne, czy realizowany w ten sposób dostęp do Internetu. Tych minut jest 16 na miesiąc i jeśli chodzi o pocztę elektroniczna, wystarcza to na wysłanie i odebranie dwudziestu kilku listów miesięcznie. Jest to żenująca sytuacja, nie tylko w kontekście tego co dzieje się na innych stacjach (maja nielimitowany dostąp do Internetu – poza Chińczykami, co jest uwarunkowane politycznie). Każda minuta ponad ten limit kosztuje 1.5 USD. Moje liczne prośby o zwiększenie limitu pozostały bez echa. Dodam, że przed wyjazdem obiecywano nam dostęp do Internetu bez ograniczeń. Koszt podniesienia limitu do 50 minut miesięcznie (co zadowoliłoby wszystkich) to około 900 złotych miesięcznie. Dla porównania dodam, że dziennie spalaliśmy około 350-400 litrów paliwa, co kosztuje od 1800 do ponad 2000 złotych. Koszt łącza umożliwiającego nielimitowany dostęp do Internetu to ok. 2000 złotych miesięcznie. O tej możliwości napisałem w swoim liście dr. hab. Andrzejowi Taturowi jeszcze w maju. Odpowiedzi na ten list także nie otrzymałem.

Uważam, że należy przygotować raport (i powinni to zrobić specjaliści) opisujący szczegółowo stan Stacji zarówno od strony technicznej, jak i organizacyjnej. Na tej podstawie możnaby sporządzić plan działań mających doprowadzić do koniecznych i porządanych zmian oraz oszacować ich koszty. I dysponując takim planem, próbować zdobyć fundusze na przeprowadzenie niezbędnych działań.

Dodam na zakończenie, że moje starania skutkują jak na razie jedynie wzrastającą niechęcią, próbami uznania mojego zachowania za szkodliwe dla Stacji oraz ukarania mnie za moje działania: mój pobyt został skrócony wbrew wcześniejszej umowie, a w dniu przypłynięcia na Stację kolejnej wyprawy wręczono mi naganę (z wpisem do akt) za rażące niedopełnienie obowiązków służbowych. Dyrektor Andrzej Tatur uzasadnił tę naganę wykonaniem jedynie 3 liczeń, gdy w swoich sprawozdaniach, z których ostatnie otrzymał w końcu września (pismo, w którym udziela mi nagany datowane jest na 21 października), piszę o 11 liczeniach. W październiku wykonałem kolejne 3 liczenia, co w sumie daje liczbę 14. Odwołanie, w którym o tym napisałem nie zostało przyjęte, w związku z czym oddałem spawę do Sądu Pracy i niebawem odbędzie sie rozprawa jej dotycząca.

Uważam, że odwlekanie koniecznych zmian, może Stacji tylko zaszkodzić. Tak naprawdę już jej szkodzi, bo opinia o niej, choć otwarcie nie wyrażana, jest coraz gorsza. Przepraszam raz jeszcze, że Panów niepokoję. W każdej chwili jestem gotów do publicznej dyskusji na przedstawione tematy. I tam gdzie się pomyliłem, przyznać do tego i za pomyłkę przeprosić. 

Łącząc wyrazy szacunku pozdrawiam i trzymam kciuki, żeby jeszcze w tym roku udało się zapoczątkować zmiany, które doprowadza Polską Stację Antarktyczną do stanu w jakim znajdują się stacje Koreańska czy Brazylijska.

Jakub Paweł Cygan

biolog, członek XXXI Polskiej Wyprawy Antarktycznej 

P.S. List zostal  przeslany pocztą elektroniczna do  : sekretariat.bm@nauka.gov.pl ; akademia@pan.pl ; kzdzit@twarda.pan.pl ; "a taylor"@uwb.edu.pl ; dawid@hydro.biol.uw.edu.pl ; kpkraj@twarda.pan.pl ; jozef.wieczorek@interia.pl 

Sent: Thursday, January 31, 2008 2:55 PM

ale nikt poza Józefem Wieczorkiem na niego nie zareagowal. Autor zatem poprosil o upublicznienie listu na NFA.

======================

Palenie smieci na Antarktydzie - foto. J.P.Cygan 

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.031 | powered by jPORTAL 2