Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 16


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Kij w mrowisko > Odpowiedź na „List Otwarty” przygotowany przez krakowskich fizyków

Tomasz Barbaszewski

Odpowiedź na „List Otwarty” przygotowany przez krakowskich fizyków


Z wieloma autorami listu http://www.fais.uj.edu.pl/list/   miałem prawdziwą przyjemność studiować, z wieloma również czynnie współpracować podczas 20 lat jako aktywny fizyk – pracownik naukowo/dydaktyczny państwowych uczelni.

Dziś pracuję w tak zwanym „biznesie”, lecz nie tracę kontaktu ze środowiskiem akademickim prowadząc wykłady monograficzne z zakresu informatyki na Uniwersytecie Jagiellońskim i na Politechnice Krakowskiej.

W prowadzonej przeze mnie firmie komercyjnej powstały już 5 prac magisterskich, nad którymi sprawowałem bezpośrednią opiekę. Wszystkie uzyskały ocenę bardzo dobrą.

Uważam swoją drogę życiową za bardzo prawidłową. Nie udało mi się stworzyć własnej „szkoły naukowej”, bo zapewne nie starczyło albo zdolności, albo uporu - więc zwolniłem miejsce na Uczelni dla innych. I nastąpiło to wyłącznie z mojego własnego wyboru – nie chciałem po prostu przekraczać progu swych kompetencji. I nie żałuję swej decyzji, ponieważ poszedłem w ślady wielu fizyków żyjących w/g rozkładu:

  • do 30 lat – nowe wspaniałe idee,

  • od 30 do 40 lat – popularyzacja nauki, doskonalenie dydaktyki,

  • 40 – 60 lat – biznes (może to być organizacja nauki – katedra, zakład, dziekan, rektor, minister...),

  • powyżej 60 lat – polityka...

Udało mi się co nieco zrobić w powyższych etapach (za wyjątkiem polityki, ale jeszcze mam trochę czasu), uważam więc, że mam prawo do odpowiedzi na „List”:

Obecna ścieżka kariery akademickiej jest zbyt długa!


Młody człowiek zdaje maturę w wieku 19 lat, a tytuł magistra otrzyma „według planu” w wieku 24-25 lat. Załóżmy, że zrobienie i obrona doktoratu zajmie mu tylko 5 lat (na recenzję mojej pracy doktorskiej czekałem 9 miesięcy), a więc zostanie adiunktem w wieku 30 lat. Aby zostać samodzielnym pracownikiem konieczna jest habilitacja – przy bardzo dobrych „układach” kolejne 6 lat – a więc mamy „wykształconego naukowca” w wieku 36 lat!!!


List powstał z inicjatywy fizyków (a wśród nich jest wielu moich kolegów). Czy naprawdę inicjatorzy zapomnieli o wierszyku P.A.M. Diraca?


Wiek, oczywiście, jest czymś straszliwym,

Co nad fizykiem wisi jak bat.

Lepiej by umarł miast wciąż był żywym,

Kiedy już skończy trzydzieści lat.


Chciałbym także przypomnieć – P.A.M.Dirac odebrał Nagrodę Nobla w wieku 31 lat! I to za tak zwany „całokształt”, zaś jego słynne równanie powstało 3 lata wcześniej. W obecnym modelu polskiej nauki kończyłby dopiero doktorat – oczywiście pod kierunkiem „doświadczonego samodzielnego pracownika”...

Gell-Mann ukończył Yale w wieku 19 lat, zaś doktorat obronił mając lat 22... Zweig nie był wiele starszy. Przykłady można mnożyć.

Dopuszczenie młodej krwi do nauki jest bezwzględnie konieczne. Obrona status quo jest oczywiście w interesie korporacji - ileż to instytutów naukowych pracuje w zasadzie na samoreprodukcję i zostało opanowanych przez dynastie i koterie. Mnożenie wymogów formalnych (w miejsce merytorycznych) umożliwia dokładną kontrolę młodych adeptów nauki przez zasiedziałych członków różnych „rad” i „komisji”. Nie byłoby to jeszcze niczym złym, gdyby ci luminarze byli w stanie uznać za swój sukces wychowanie naukowców lepszych od siebie - tak jak Wojciech Żywny, który uczył gry na fortepianie Chopina i rozpoznał w nim geniusza pozostając na zawsze jego przyjacielem. Niestety, taka postawa jest rzadkością, najczęściej zbyt wybijający się asystent jest traktowany jako potencjalny konkurent i mnoży się przed nim wymogi formalne. W ostateczności („oczywiście dla jego dobra i w nagrodę” - uwaga: ironia!) wyśle się go za granicę, aby nie naruszał utrwalonej struktury.


Sygnatariusze listu stwierdzają, że drastycznie obniżono wymagania stawiane studentom i doktorantom. Zapominają jednak wspomnieć o tym, kto te wymagania obniżył! Wśród sygnatariuszy listu znakomitą większość stanowią doktorzy habilitowani. To przecież oni odpowiadają za przedmioty na Uczelniach, to oni promują i recenzują prace dyplomowe, magisterskie i doktorskie... Kto więc jest odpowiedzialny za obniżenie jakości tych prac, jak nie samodzielni pracownicy naukowi? Czyżby słynni „ONI”?

A kto wymyślił „studia doktoranckie”? To przecież dopiero kuriozum! Człowiek mający około 25 lat ma spędzić kolejne 3-5 najlepszych, najbardziej twórczych lat swego życia na kolejnych studiach pobierając głodowe stypendium i oczekując, że na pewno zakończy je sukcesem (to znaczy uzyskaniem tytułu doktora). Jak skończy będzie miał 30 – i znów patrz wierszyk Diraca... Nie, nie może jeszcze umierać – przed nim kolejne „wyzwanie” napisanie HABILITACJI !!!


A jest jak jest – to każdy widzi. Oczywiście autorzy „Listu” mają gotowy program naprawczy:


  • należy zwiększyć nakłady na naukę oraz wynagrodzenia naukowców,

  • należy stworzyć system finansowania premiujący najlepsze (bez określenia, co to znaczy) jednostki naukowe i szkoły wyższe,

  • nie należy w żadnym przypadku dofinansowywać szkół prywatnych ze środków publicznych,

  • należy środkami ustawodawczymi (sic! - ciekawe jakimi?) wymusić zaangażowanie sektora prywatnego w finansowanie szkolnictwa wyższego i badań naukowych.


Bardzo się dziwię i wręcz chciałoby się przypomnieć moim kolegom z roku 3 zwrotkę piosenki Perfektu „Nie płacz, Ewka”:


Proza życia to przyjaźni kat
Pęka cienka nić
Telewizor, meble, mały fiat (
tu trzeba wstawić dowolną markę),

Oto marzeń szczyt
Hej prorocy moi z gniewnych lat
Obrastacie w tłuszcz
Już was w swoje szpony porwał szmal
Zdrada płynie z ust...


Pompowanie środków w obecną strukturę akademicką nie ma większego sensu. Opublikowany list stanowi znakomity dowód tej tezy. Środki na naukę (podobnie, jak na każdy inny rodzaj działalności) należy po prostu pozyskiwać – czy to w formie grantów rządowych czy prywatnych. Ale trzeba zaprezentować jakiś program nawet, jeśli ma to być poszukiwanie cywilizacji pozaziemskich – polecam film „Kontakt” z Jodi Foster, a nie domagać się finansowania z urzędu na zasadzie „działań ustawodawczych”.


Kwestia dwóch typów doktoratów - „naukowego” i „zawodowego”. Uważam to za bardzo dobrą propozycję. Automatyczne przenoszenie stopni uniwersyteckich na uczelnie techniczne, rolnicze lub ekonomiczne zawsze uznawałem za nieporozumienie. Doktoraty z „silników wysokoprężnych” lub „upraw na łąkach podmokłych” nie mówiąc już o słynnej kiedyś pracy pracy „o jedzeniu zupy łyżką” traktującej o postępach w odróżnianiu przez dziecko „części chwytnej” od „części czerpalnej” zawsze wydawały mi się naciągane – choć badanie nad rozwojem dziecka czy kształtem komory spalania niewątpliwie są trudne oraz pożyteczne. Co więcej – uważam nawet, że nauki stosowane stawiają bardzo wysokie wymagania osobom je uprawiającym.


Habilitację należy jednak zlikwidować! Wydłuża ona bez żadnej potrzeby ścieżkę kariery i służy korporacji naukowców przede wszystkim do kontrolowania dopuszczania nowych członków i tym samym ochronie jej wewnętrznych interesów i stanowisk. Stopień doktora powinien otwierać drogę do wszystkich stanowisk, zaś dalsza kariera powinna podlegać ocenom absolutnie obiektywnym. Poszedłbym jeszcze dalej – likwidacja taryfikatorów, zatrudnienie kontraktowe, oceny wykładowców przez studentów itd.

Stopień doktora należy zacząć szanować – i drodzy Panowie Profesorowie – proszę przestać nim szafować bez umiaru na zasadzie – „Ty popierasz mojego, to ja Twojego”. Poza tym – promotor nie jest po to, aby „wypromieniować kwant pracy”, jak to się bardzo często zdarza, lecz ma promować doktoranta w korporacji. Praca doktorska powinna być przygotowana samodzielnie i poparta publikacjami, referatami na znaczących konferencjach itp. Studia doktoranckie powinny umrzeć śmiercią naturalną. Samodzielni pracownicy naukowi lub całe placówki nie powinni być rozliczani z ilości doktoratów, bo to zawsze doprowadzi od deprecjacji stopnia.

Profesor powinien być stanowiskiem, a nie dożywotnim stopniem. Dla zasłużonych są Akademie Umiejętności, Nauk itp. Ich doświadczenie jest wręcz niezastąpione, ale nie mogą oni wstrzymywać dostępu młodym umysłom (chyba, że wygrywają z nimi w warunkach otwartej konkurencji, co się nierzadko zdarza).


Co do finansowania nauki – Mikołaj Kopernik nie zarobił na „de Revolutionibus...” ani grosza. Żył z czego innego. Był ekonomistą, zarządcą a nawet tłumaczem. Czyli wykonywał wiele pożytecznych dla swych współczesnych prac.

Największym wkładem CERN w rozwój współczesnego Świata jest... World Wide Web! Tego używają wszyscy. A cząstka Higgsa? To interesuje niewielu. Może jej złapanie będzie miało jakieś konsekwencje dla ogółu – a może nie. Tak więc finansowanie takich ośrodków to taka „randka w ciemno”. Amerykanie się na to nie zdecydowali zatrzymując budowę super akceleratora – Europa podjęła to wyzwanie. Współczesne społeczeństwa są na tyle otwarte, że mogą łożyć na zabawę innych, bo może coś z niej wyjdzie (choćby sukces propagandowy), ale nie bez ograniczeń.


Czy reforma polskiej nauki jest konieczna – na pewno tak, choć nie uda się od razu. List jest bezpośrednim dowodem oporu materii i zmierza do ochrony interesów obecnej kadry oraz ograniczenie konkurencji do minimum poprzez zakonserwowanie średniowiecznej struktury cechowej. Autorzy podkreślają swoją gotowość do dyskusji o reformie – ale przeprowadzanej w taki sposób, aby się nic nie zmieniło.


Tymczasem już dużo się zmieniło – i to są twarde fakty! Powstało szkolnictwo prywatne, które coraz częściej skutecznie konkuruje z publicznym. Wiele uczelni prywatnych oferuje bardzo wysoki poziom nauczania, który potwierdzają pracodawcy zatrudniający ich absolwentów. A że te szkoły oferują pracę wybitnym specjalistom stając się tym samym konkurencją dla uczelni publicznych? To bardzo dobrze! Tędy właśnie prowadzi droga do zwiększenia wynagrodzeń nauczycieli akademickich. Na razie często mamy do czynienia z „wieloetatowością”, ale znane mi są już osoby, które zdecydowały się na porzucenie uczelni państwowej na rzecz prywatnej.

To właśnie uczelnie prywatne umożliwiły taki wzrost liczby studentów oraz zaktywizowały wiele ośrodków – wystarczą choćby przykłady Bielska-Białej czy Nowego Sącza, a i w Krakowie i Warszawie znalazło się miejsce dla wielu prywatnych uczelni. Czas, gdy można było je lekceważyć bezpowrotnie przeminął. Wiele uczelni prywatnych zbudowało (lub buduje) własną infrastrukturę, a nawet całe kampusy. To już nie kilku profesorów na ćwierć etatu pracujących dla „szemranego biznesmena” w wynajętych salach lekcyjnych i stawiających jedynie pozytywne oceny na egzaminach!

Co więcej – uczelnie prywatne zaczynają także coraz aktywniej współpracować z przedsiębiorstwami. Współpraca ta jest łatwiejsza, ponieważ obie strony rozumieją uwarunkowania rynkowe.

Póki co aktywność uczelni prywatnych jest ukierunkowana głównie kierunki nie wymagające wielkich inwestycji, ale na tym rynku robi się już coraz ciaśniej. Jest więc rzeczą naturalną, że zaczynają interesować się także bardziej kapitałochłonnymi wydziałami inżynierskimi, a także podstawowymi i humanistycznymi. Tak się dzieje na całym Świecie – wystarczy porównać ofertę dydaktyczną Uniwersytetu Kalifornijskiego, na którym można odbyć studia inżynierskie oraz Caltechu (Politechnika Kalifornijska) oferującego studia pianistyczne!


List rodzi poważne wątpliwości, czy środowisku akademickiemu zależy na jakiejkolwiek reformie. Wydaje się, że jest ono zainteresowane jedynie utrzymaniem obecnego stanu (oprócz oczywiście wzrostu środków finansowych). Warto jednak zadać podstawowe pytanie – ilu samodzielnych pracowników nauki stworzyło rzeczywiście szkoły i kierunki naukowe (a nie tylko wypromowało iluś tam magistrów i doktorów)? Mam honor znać kilkunastu. A jeśli wprowadzimy wiele nazwisk poprzedzonych „dr hab.” lub nawet „Prof.” do wyszukiwarek internetowych (zarówno powszechnych, jak i specjalistycznych wykazów prac i publikacji) to wynik będzie co najmniej zastanawiający. Gorąco polecam przeprowadzenie takiego eksperymentu. Wynik poniżej 100 odwołań w Google uważam za żenujący.

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.351 | powered by jPORTAL 2