Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 10


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Kij w mrowisko > Skąd brać KASĘ???


Tomasz Barbaszewski

Skąd brać KASĘ???


Problem finansowania nauki jest najczęściej podnoszony przez środowisko akademickie. Ja osobiście uważam, o czym kilkakrotnie pisałem, że w obecnym modelu organizacyjnym nawet znaczne zwiększenie środków nie poprawi sytuacji. Dyskusja o tym, w jaki sposób finansować badania naukowe nie jest jednak bezcelowa lub przedwczesna, ponieważ „tak krawiec kraje, jak materii staje” i przy opracowywaniu nowej struktury należy przynajmniej oszacować dostępność środków oraz szanse ich pozyskania.

Budżet:

W tym przypadku sytuacja jest dość jasna – i raczej nie należy liczyć na zasadniczą poprawę w dającej się przewidzieć przyszłości. I nie chodzi mi bynajmniej o brak środków w budżecie Państwa, lecz o podejście do sprawy praktycznie wszystkich sił politycznych. Ostatnio prasa doniosła o przeznaczeniu środków planowanych do uzyskania z prywatyzacji na wypłatę zobowiązań ZUS – czyli po prostu następuje wyprzedaż „sreber rodowych”. Strach myśleć, co się stanie jak sprzedamy wszystkie...

Kłopoty z przeznaczaniem środków z budżetu na naukę występują nie tylko w Polsce. Znakomitym przykładem może być wstrzymanie przez Kongres USA budowy superakceleratora w Teksasie. Po prostu politycy nie chcą ryzykować oskarżeń o marnowanie środków na zabawę „jajogłowych”. Szok „Sputnika” przeminął już dawno, straszak atomowy też już nieco osłabł i spowszedniał a łatwo narazić się choćby na zarzut, że „dajecie środki na jakiś tam akcelerator, a Nowy Orlean został zrujnowany przez huragan!”. Prasa to bardzo szybko nagłośni – i problem przy kolejnych wyborach gotowy.

Paradoksem jest, że lepiej z tym sobie radzi Europa (przykładem jest ostatni projekt CERN), ale to wynika z bardziej niezależnego od nastrojów społecznych mechanizmu decyzyjnego.

Trudno się ludziom dziwić – każdy ma jedno życie, a argumenty typu „dla dobra przyszłych pokoleń i szczęśliwości ludzkości” przestały już działać. Każdy chce poprawy (lekarstwa na raka, taniej energii itp.) już i od zaraz. Za potwierdzenie starczy lektura doniesień prasowych. Niestety, poważna nauka nie może tych żądań spełnić „od ręki” - pomimo skrócenia czasu „od pomysłu do przemysłu” dalej może być to dystans pokolenia.

Na budżet nie ma więc co liczyć. Społeczność co najwyżej zaakceptuje wydatki na dydaktykę – każdy w końcu chce dobra dla swych dzieci. Z nauką będzie raczej coraz gorzej i argumenty o „świetlanej przyszłości” niewiele tu pomogą.

Aby sprawa była jasna – takie podejście wcale mi się nie podoba. Ale po prostu trzeba twardo chodzić po ziemi. Na większe wsparcie ustawodawców mogą liczyć jedynie badania, których wyniki można wykorzystać do doraźnych celów politycznych...

A może biznes?

W tym przypadku sytuacja jest dość klarowna – biznes oczekuje korzyści. W zasadzie obojętne, jaki będą one miały charakter, byleby były!

Może to być nawet promocja marki – ale jak przekonać np. dostawcę energii lub kompanię telekomunikacyjną, aby zamiast zespołu sportowego sponsorowała zespół badawczy?

Drogi mogą być różne, ale nic z tego nie będzie, jeśli nauka nie będzie stosować odpowiedniego marketingu. Polityka „siedź w kącie, a znajdą cię” nic nie da. Na przykład wiele politechnik prowadzi różne badania związane z alternatywnym napędem samochodów. Dlaczego nie zorganizować np. konkursu tych rozwiązań, podobnego do australijskiego wyścigu pojazdów na baterie słoneczne? Paliwo jest drogie, ludzie narzekają – mamy temat dnia. I jakoś nikt z tego nie korzysta. Ale trzeba zainteresować media, przedsięwziąć wysiłek spory organizacyjny, porozmawiać z potencjalnymi sponsorami.

Z innej beczki – Radio ZET podało, że Norman Davies napisze biografię Lecha Wałęsy. Co prawda sam Norman Davies zdementował tą informację, ale czy praca nad taką książką mogłaby liczyć na sponsoring? Tak, ale pod warunkiem, że zostanie podjęta niezwłocznie!

Sponsoring jest właściwie jedyną możliwą formą finansowania nauki przez wielkie firmy. Tak naprawdę nie są one wcale zainteresowane innymi formami, bo posiadają własne działy badawczo-rozwojowe (dobry uczony może w nich znaleźć pracę dla siebie), które realizują badania (nawet podstawowe) w dziedzinach interesujących korporację. Wyniki tych badań są najczęściej utajniane i stanowią własność korporacji.

Korporacja nie jest zainteresowana finansowaniem zewnętrznych innowacji, ponieważ wiąże się to ze sporym ryzykiem, które niekoniecznie spodoba się akcjonariuszom (działa tu taki sam mechanizm, jak w przypadku finansowania budżetowego). Drugim problemem jest skomplikowany proces decyzyjny. Jeśli w firmie brak Szefa (przez duże Sz!), a jeszcze co gorsza występuje podskórna rywalizacja osób odpowiedzialnych, to niestety nawet w przypadku gotowego, znakomitego oraz wysokoprofitowego projektu nic z tego nie będzie! Nawet, jeśli projekt wystartuje, to bardzo szybko zostanie „upupiony”.

Wielka firma jest w zasadzie organizacją komunistyczną. Ponieważ miałem „szczęście” pracować dla firm zarówno w PRL, jak i w USA jestem gotów przeprowadzić odpowiedni dowód. Że tak jest naprawdę potwierdzają przypadki kreatywnej księgowości, wędrówki „managerów biznesu” identyczne jak za PRL („zawalił w jajkach, to przenieśliśmy go do hutnictwa”...). Najważniejszą rzeczą w takiej korporacji jest posiadanie teczki RWD („Ratuj Własną D...”), bo jak ogólnie wiadomo „sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”. Korporacjami rządzi nowa nomenklatura (proszę przeczytać czasem życiorysy członków zarządów lub rad nadzorczych).

 

Korporacja znakomicie radzi sobie z działaniami rutynowymi (bieżąca produkcja, unifikacja, cięcia kosztów, marketing etc.), lecz nie jest absolutnie przygotowana do rewolucyjnych zmian. Takie przypadki jak NOKIA były wynikiem powierzenia rozwoju firmy konkretnej, w pełni odpowiedzialnej osobie – czyli Szefowi, który zdecydował się na jasne sprecyzowanie strategii firmy – i jej rozwój głównie poprzez zakupy niewielkich firm innowacyjnych. I tu dochodzimy do drugiego modelu finansowania nauki – małych firm specjalizujących się w nowoczesnych technologiach...

Firmy innowacyjne

Podawałem już Państwu przykład Bernarda Dainesa. Jego działalność polegała na tworzeniu wyspecjalizowanych firm, opracowaniu i wdrożeniu technologii – a następnie ich sprzedaży. Takie firmy jak „Grand Junction” (pionier Fast Ethernet) lub „Packet Engines” już dawno nie istnieją – lecz ich technologia jest w dalszym ciągu wykorzystywana.

Podobnie jest w wielu innych dziedzinach nauk stosowanych.

W jaki sposób są finansowane takie firmy? Główną rolę gra tu Venture Capital. Wchodzi on w ryzykowne inwestycje na okres 2-3 lat, a potem realizuje zyski (lub liczy straty...) wycofując się z inwestycji. Działa to na zasadzie - „ja wiem jak – a ty masz kasę”. W Polsce sprzedaż firmy jest traktowana mentalnie jako jej porażka – tymczasem w przypadku firmy innowacyjnej jej zakup przez korporację oznacza sukces. Mała firma nie jest bowiem w stanie sprostać organizacyjnym problemom związanym z produkcją seryjną – zaś korporacja jest znakomicie do tego przygotowana. Ale korporacja kupi jedynie dojrzałe i sprawdzone rozwiązanie, z którym może wiązać nadzieje na szybkie osiągniecie znacznego poziomu zysków.

Tak więc obie strony uzupełniają się – z jednej strony mała firma innowacyjna prowadzona często przez wybitnego specjalistę-entuzjastę, który ma w niej pełną swobodę działania i oczywiście ponosi pełne ryzyko, a z drugiej korporacja znakomicie przygotowana logistycznie do procesu produkcji, organizacji marketingu itp., ale ze względu na wielkość zaangażowanych środków raczej niechętna do podejmowania ryzyka.

Firmy innowacyjne są bardzo często blisko związane z uniwersytetami, a nawet lokalizowane na kampusach!

Niestety, w Polsce takie firmy są traktowane na ogólnych zasadach. Oznacza to, że muszą ponosić bardzo wysokie koszty stałe. Również inwestycje w takie firmy nie są w żaden sposób preferowane. Wolny kapitał ucieka więc do handlu – bo tam filozofia jest prosta: szybki obrót. W jednej z dużych firm IT, dla której pracowałem pozostawanie towaru na magazynie przez 3 tygodnie było już powodem do alarmu. A firma innowacyjna daje zazwyczaj bardzo wysoki zwrot, ale po 2-3 latach! Przy czym ryzyko jest znacznie większe. Rezultat jest oczywisty – takie firmy, bardzo popularne w USA i w innych krajach w Polsce są rzadkością. Uczelnie również na kwapią się do ich wspierania, bo po pierwsze nie mają z czego, a po drugie w dalszym ciągu pokutuje przekonanie, że naukowcy podejmujący takie działania sprzeniewierzyli się „czystej nauce”.

Symptomatyczne też jest zdziwienie, gdy okazuje się, że w firmach innowacyjnych (oczywiście w ścisłej współpracy z uczelniami) są prowadzone prace przejściowe i dyplomowe. A takich przykładów jest coraz więcej.

Jeśli nie chcesz mojej zguby – inwestora daj mi luby!

Działalność naukowa jest nierozłącznie związana z wolnością. Kierunek badań i poszukiwań mających doprowadzić do rozwiązania problemu naukowego, technicznego lub opracowania historycznego nie może być określany przez kogoś innego niż prowadzący badania. Próby nacisku z jakichkolwiek powodów - „konkurencja zrobiła to tak, więc my zróbmy tak samo, ale taniej” lub „teza opracowania powinna być jak najbardziej zbieżna z oczekiwaniami inwestora” powinny być absolutnie wykluczone. To już braliśmy w komunie – ekspertyza dawała zazwyczaj takie wyniki, jakich oczekiwał „główny i jedyny sponsor”. Nie przeszkodziło to „ekspertom” publikować książek o etyce działalności naukowej...(mam na myśli całkiem konkretne osoby).

Wyklucza to w praktyce na początkowym etapie tak zwanych inwestorów branżowych. Jedynie inwestor bierny, który jest zainteresowany jedynie zwrotem ze swej inwestycji na określonych warunkach może zapewnić firmie innowacyjnej odpowiedni poziom wolności poszukiwań.

Ale inwestorzy mają zwyczaj pytać np. po roku – „no to jak nam idzie?”, a po 2-3 latach - „To ile zarobiliśmy? Za ile jesteśmy w stanie sprzedać tą firmę?”.

Trudno się dziwić – wszak inwestorzy po to zainwestowali, aby zarobić. Okazali nam tym samym duże zaufanie powierzając nam swe (choć czasem wirtualne) pieniądze. Wolność nie oznacza więc braku odpowiedzialności.

Co można zrobić?

Nie jestem ekonomistą, tylko fizykiem. Wydaje mi się jednak, ze przede wszystkim należy stworzyć preferencyjne warunki dla firm, które rzeczywiście usiłują opracowywać nowe rozwiązania oraz umożliwić im bliską współpracę z Uczelniami.

Nie może to jednak wiązać się z narzucaniem tym firmom kolejnych biurokratycznych obowiązków – bo nie dość, że podniesie to koszty ich działalności to może spowodować zniechęcenie do realizacji pomysłu.

Należałoby również przewidzieć preferencje dla inwestycji kapitałowych w takie firmy – w formie zachęt finansowych.

W pełni zdaję sobie sprawę z problemów, które podniosą PT Czytelnicy – np. kto będzie oceniał „poziom innowacyjności” itp. Ale wiem jedno – w San Jose (i okolicach) w Kalifornii to działa. Działa także w Minneapolis, Delft, Cambridge i w wielu innych miejscach. Czemu nie u nas?

Jestem dość sporym entuzjastą dobrego audio – polecam wizytę na stronie www.ancient.com.pl . Przekonacie się Państwo, że polskie miniprzedsiębiorstwo może skutecznie konkurować na wolnym rynku – nawet tak trudnym jak Skandynawia a nawet Nowa Zelandia! I to wcale nie z powodu niskiej ceny... Proszę się tylko przez chwilę zastanowić i spróbować oszacować stopę zysku na takiej działalności!


nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.169 | powered by jPORTAL 2