Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Darmowy program a...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 2


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Kij w mrowisko > Maluję, bo lubię...


Tomasz Barbaszewski

Maluję, bo lubię...

Pewnego słonecznego późnego popołudnia jechałem samochodem 4x4 w pobliżu „Old Telegraph Road” na półwysep York i spotkałem starego Aborygena, który sprawdzał, czy turyści uiścili należną opłatę na rzecz lokalnej społeczności (permit). Zaczęliśmy rozmawiać – a szło nam dość kiepsko, bo obu nam się wydawało, że mówimy po angielsku. Rozmowa zaczęła się od pogody, a gdy zapadł zmrok zeszła na rozważania o życiu. Rozgwieżdżone niebo temu sprzyjało, a rozmawialiśmy tak długo, że postanowiłem zanocować w tym miejscu. I wówczas ten człowiek wygłosił następującą kwestię:

„Wy kochacie kupować rzeczy. A jak kupiłeś pierwszą rzecz, to już przepadłeś. Musisz o nią dbać – a więc kupisz kolejną rzecz. I tak do końca życia...”.

Po czym otworzył torbę i podał mi obrazek – na odwrocie był opis, co przedstawia „Dwie jaszczurki bronią swych jajek przed wężem”. Spytałem, ile płacę – a on odrzekł: „Nic, bo ja to sam namalowałem”. I nie sprzedajesz – spytałem? Nie – odparł, bo ja lubię malować...


Oj, dał mi wiele do myślenia...


Nauka (przez duże N) ma wiele wspólnego ze sztuką – powstaje z wewnętrznej potrzeby człowieka. Dla prawdziwego Uczonego motywacją do działania jest chęć poznania, podobnie jak dla pianisty motywacją do żmudnych ćwiczeń jest chęć osiągnięcia piękna dźwięku i frazy. I tak, jak w przypadku wielkiego muzyka dla wielkiego uczonego prawdziwa sława i związana z nią kasa przychodzi później i jest rezultatem osiągnięć, a nie ich przyczyną! I również podobnie – tak jak mało pianistów zdobywa ogólnoświatową pozycję – tak samo dotyczy to uczonych.

Jeszcze raz podkreślam – mam na myśli Wybitnych Uczonych, a nie rzemieślników nauki, których można porównać do muzyków grających w lepszej lub gorszej orkiestrze. Są oni oczywiście bardzo potrzebni, jednak z różnych powodów nie osiągną szczytów maestrii.

Dużo ostatnio słychać o „potencjale intelektualnym”. Czytałem np. o „wielkim potencjale intelektualnym jednostek badawczo-rozwojowych”. Otóż niestety, nie da się uprawiać Nauki w godzinach od 8 do 16 (z przerwą na „lunch”). A struktura tych „jednostek” właśnie do „nauki od 8 do 16” jest dostosowana. Jednostki te powstały najczęściej jeszcze przy tak zwanych „zjednoczeniach” i miały realizować usługi dla przemysłu – elektronicznego, motoryzacyjnego itp. Nie bardzo widzę sensu ich istnienia obecnie, ponieważ nie ma JEDNEGO przemysłu elektronicznego, motoryzacyjnego itd., usługi dla poszczególnych firm realizują po prostu ich wewnętrzne działy R+D, a jak już pisałem rolę motorów technologicznych podejmujących znaczne ryzyko opracowywania i wdrażania nowych technologii przejmują na siebie niewielkie i bardzo „mobilne” firmy innowacyjne. Należy więc stworzyć dla takich firm preferencyjne warunki rozwoju – a jeśli rzeczywiście istnieje ten „potencjał intelektualny”, to zostanie niewątpliwie przez nie z pożytkiem zagospodarowany. W tym przypadku jestem gorącym zwolennikiem „niewidzialnej ręki rynku”.

Gorzej z naukami podstawowymi (mam na myśli naprawdę podstawowe dziedziny – od matematyki po historię czy lingwistykę). Nie oszukujmy się – tak naprawdę to nie dają one żadnych bezpośrednich korzyści dla społeczeństwa. Maria Skłodowska-Curie przerzucając łopatą rudę uranową i wyodrębniając z niej coraz bardziej promieniotwórcze elementy działała z chęci poznania (pomysły na leczenie raka radem przyszły później). Jednak tą rudę należało kupić, przewieźć itd. A po co? Tak naprawdę to nikt nie potrafił wówczas na to pytanie odpowiedzieć.

Studia na stylami architektonicznymi w starożytnej Grecji też stosunkowo niewiele wnoszą do dzisiejszych technik projektowania budynków, choć oczywiście zawsze można dorobić odpowiednie uzasadnienie.

A z drugiej strony, gdyby Thompson nie odkrył w 1897 r. elektronu (choć pewnie zrobiłby to ktoś inny) nie mielibyśmy telewizji (przynajmniej w takiej formie, jak ją dziś znamy). Musiało jednak upłynąć sporo czasu, aby elektronika stała się powszedniością w naszym życiu (przypominam – nagrodę Nobla za tranzystor przyznano w 1948 r.). Czy zespół Thompsona byłby w stanie dziś uzyskać grant na swoje badania? Podejrzewałbym znaczne trudności...

Nauki podstawowe jeśli w ogóle służą technice – to technice przyszłych pokoleń. Zaś nauki humanistyczne – zaspokajaniu ciekawości. I tu nie ma pomiędzy „Fizami” i „Humami” żadnych różnic – do pracy pcha ich po prostu ciekawość. Niestety często nauki fizyczne są utożsamiane zwłaszcza przez humanistów (i nie tylko) z inżynierią.

Stało się tak zapewne również dlatego, że „tytułologia” oraz struktura akademicka została przeniesiona właściwie bez zmian z nauk podstawowych do inżynierii. Jeśli mówimy o deprecjacji tytułów magistra lub doktora to jakiego określenia należałoby użyć, aby opisać deprecjację tytułu inżyniera? W zasadzie pozostał z niego skromny trójliterowy skrót dodawany na koniec przed nazwiskiem. „Dyplomowany Inżynier” odszedł już całkiem w zapomnienie. Mamy za to pełne zestawy naukowe: Prof. dr hab. mgr inż. Jan Jakiśtam - (proszę nie poprawiać!) – widziałem taką taką tabliczkę na drzwiach pewnej Ważnej Instytucji w schyłkowym okresie komuny!

Pragnę z całym naciskiem podkreślić – podziwiam działalność inżynierów. Ale ich twórczość polega na czymś innym, niż uprawianie nauk podstawowych i często nawet jest trudniejsza! Różnica jest zasadnicza – dobrze to opisuje łańcuszek:

„Matematycy pracują w wyobraźni, fizycy i chemicy używają matematyki do poznania praw przyrody – zaś inżynierowie usiłują wykorzystać te prawa ku pożytkowi i uciesze gawiedzi”.

Tak więc działalność inżynierska jest nierozłącznie związana z przemysłowym (na większą lub mniejszą skalę) wykorzystaniem jej efektów. Pisano już o tym na tym Forum.
Wynika z tego przede wszystkim to, że badania nad kształtem komory spalania silnika spalinowego, nawożeniem łąk mokrych czy też genetyczną modyfikacją kukurydzy mogą stosunkowo szybko przynieść poważne korzyści ekonomiczne. I w związku z tym pojawia się od razu pytanie – komu? W komunie za czasów zjednoczeń sprawa była prosta – wszystko było państwowe, a więc Ośrodki Badawczo-Rozwojowe (np. UNITRY) były finansowane przez Państwo i (przynajmniej w teorii) przynosiły korzyści Państwu, a więc (znów zazwyczaj w teorii) wszystkim. A jak to rozwiązać dziś? Czy opracowane rewelacyjne rozwiązanie ekranu TV należy sprzedać firmie LG czy też Sharpowi? Tego problemu przedtem nie było – wszystko brała jak leci „UNITRA – Polcolor”. Co się z tym dalej działo, to już temat na zupełnie inne opowiadanie.

W przypadku nauk inżynierskich decydującą (i praktycznie jedyną) rolę powinna mieć „Niewidzialna ręka rynku”. Prosta zasada – płaci ten, kto z tego korzysta wydaje się być wręcz ideałem. W obecnym modelu ekonomicznych nie widzę żadnego powodu, aby badania nad nowym telewizorem były finansowane z pieniędzy podatników. Na przykład Phillips (sam lub we współpracy) wprowadził szereg standardów w elektronice – i pobierając opłaty licencyjne finansował kolejne prace wdrożeniowe. Powstały w ten sposób choćby na kasety magnetofonowe lub płyty CD. Tak naprawdę to nie wykorzystywały ono żadnych nieznanych poprzednio efektów fizycznych. Zarówno idea zapisu magnetycznego, jak i modulacja impulsowo-kodowa lub laser półprzewodnikowy „stały na powszechnie dostępnej półce” czyli w domenie publicznej - zaś inżynierowie wykorzystali je w celu stworzenia produktu o nowej jakości.

Takimi działaniami dość łatwo zarządzać – można z grubsza określić cel, oszacować nakłady oraz ryzyko a nawet możliwe wyniki. Z tym absolwenci MBA dają sobie świetnie radę.

Ale co z naukami podstawowymi – którym (jak np. współczesnej fizyce czy chemii) znacznie bliżej do humanistyki niż do inżynierii? Co z fizyką cząstek elementarnych, teoretyczną chemią kwantową lub historią, lingwistyką, muzykologią itp. ?

Moim zdaniem dość łatwo można oprzeć się na prostej zasadzie – mecenacie Państwa. Jednak konieczne jest jasne postawienie sprawy – jeśli polski podatnik za coś zapłacił – to ma do tego pełne prawa. Jest to możliwe jedynie wówczas, gdy będzie dotyczyło naprawdę tylko nauk o charakterze podstawowym, bo ich wyniki zazwyczaj i tak przechodzą do domeny publicznej. Wyniki badań lub nawet książka historyczna powinny być w takim przypadku dostępne publicznie (np. w Internecie) zaś egzemplarze „papierowe” dystrybuowane po kosztach (produkcji i dystrybucji) bez doliczania opłat za „wartość intelektualną” - bo to zostało już zapłacone przez podatnika w formie dotacji Państwa! Że tak można dowodzi choćby przykład „The Cathedral and the Bazaar”. Drukowanie w domu 400 stron w PDF po prostu się nie opłaca – lepiej zapłacić księgarzowi za klasyczny egzemplarz. Dodatkowo zlikwidujemy problem kserokopiarek przegrzewających się na uczelniach...

Ale w tym celu musimy się umówić, że część dochodu narodowego przeznaczamy na zabawę uczonych – budowę akceleratora, wyjazd na wykopaliska do Egiptu, zaopatrzenie bibliotek, dostęp do światowych baz danych – a w końcu także na wynagrodzenia uczonych (dydaktykę w tym miejscu dla prostoty oddzielam).

Prawdziwy Uczony nie publikuje swej pracy dlatego, że czasopismo znajduje się na jakiejś liście, lub dlatego, że dostanie za tą publikację ogromną kasę – on chce się pochwalić (tak jak mój znajomy Aborygen) swoją twórczością – bo po prostu lubi ją uprawiać... Ważny jest akt poznania, zrozumienia (często olśnienia) – to on jest źródłem prawdziwej satysfakcji. I oczywiście chce się podzielić swoim dziełem z innymi – najczęściej nie pytając o zapłatę.

No wszystko cudownie – ale jak takimi ludźmi zarządzać? Odpowiedź jest prosta – po prostu się na da. Na nic tu wszelkie studia MBA, podejścia „taylorowskie” i „nietaylorowskie”. Dobrze o tym wiedzieli już starożytni – i dlatego mamy podejście mecenatu. I moim zdaniem jest to jedynie możliwa forma finansowania nauk podstawowych (ale jeszcze raz podkreślam – PODSTAWOWYCH z humanistycznymi włącznie).

W Polsce mamy szereg młodych, bardzo zdolnych ludzi – dowodzą tego choćby sukcesy w różnych konkursach dla studentów. Jednym słowem możemy wystawić drużynę juniorów na światowym poziomie. A co z seniorami? Odpowiedź dał choćby rozdział środków z Unii Europejskiej i generalnie negatywna ocena polskich projektów. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu młodzi entuzjaści wpadają w „system”. Zdolne jednostki, którym się nie odechciało już w szkole zostaną skutecznie „wpuszczone w watę” na studiach, a jeśli i to wytrzymają to wpadną w sidła „kariery naukowej”. Albo się dostosują (doktorat, habilitacja, profesura...) albo zostaną jako „rogate dusze” (a dusze naprawdę twórcze są zawsze rogate) wyeliminowani lub zepchnięci na margines. W obu przypadkach skutek jest podobny – zanik prawdziwej inicjatywy twórczej. Często więc szukają (i zazwyczaj im się udaje) swej szansy w biznesie. Tam reguły są czystsze, a i kasa za rezygnację z marzeń i ambicji większa. Przynajmniej nie wpada się we frustrację.

Jeśli chcemy mieć w Polsce prawdziwą naukę, to musimy jasno sobie powiedzieć – bezpośrednich i natychmiastowych wyników nie możemy od niej oczekiwać. Od tego jest inżynieria. Niestety dyskusja (także na tym forum) poświęcona jest w dużej mierze rozważaniom, w jaki sposób oceniać naukowców i jak nimi zarządzać. A przecież pomysł na „teorię ujemnego pola grawitacyjnego” może przyjść do głowy w trakcie konnej wycieczki po górach Kaukazu. I co gorsze – z tego wyniknie jedna (ale fundamentalna) publikacja – np. w „Physical Review Letters”. Obawiam się, że podczas obrad jakiejś „Wysokiej Komisji” zostałby wówczas podniesiony argument - „no tak, ale ten magister ma tylko jedną publikację, a pani XXX posiada ich ponad 30 – i to w dobrych czasopismach”. Przecież jest rzeczą oczywistą, że w „Wysokiej Komisji” zasiadają profesorowie różnych specjalności, a więc taki argument ma duże szanse uwzględnienia. Wynik jest łatwy do przewidzenia. I nic na to nie pomoże żaden system punktowy.

Badaniami stosowanymi (od rolnictwa do ekonomii) powinna sterować „niewidzialna ręka rynku”. Raz jeszcze podkreślam - nie uważam przy tym nauk stosowanych za coś gorszego – wręcz przeciwnie, uprawnianie ich jest często znacznie trudniejsze ponieważ liczy się w zasadzie jedynie pozytywny wynik. Ale w naukach stosowanych cel jest mniej więcej określony – a w podstawowych celem jest poznanie samo w sobie. Dlatego albo się umówimy, że uprawiający nauki podstawowe będą otrzymywać pewną daninę ze strony społeczeństwa i to bez zobowiązań, albo po prostu będzie, tak jak jest. Do daniny mogą się oczywiście dołączać podmioty prywatne (można je np. zwolnić z części podatku na ten cel) – ale to w zasadzie wszystko. Inaczej będziemy mogli tylko chwalić się osiągnięciami tych, którzy „malują, bo lubią”...

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.037 | powered by jPORTAL 2