Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 11


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Varia > O hipokryzji(?) raz jeszcze

Waldemar Korczyński

O hipokryzji(?) raz jeszcze


I nauka i życie pełne są konfliktów. Ich „rozwiązywanie” jest tym, co popycha tzw. postęp. Są też „konflikty nierozwiązywalne”; zasada Heisenberga i tw. Goedla to przykłady sztandarowe, ale nie jedyne. Dla decydentów takim „konfliktem” jest podstawowy kłopot przy podejmowaniu decyzji; jaki przyjąć porządek w zbiorze dostępnych alternatyw. Istnieje kilka możliwości załatwienia sprawy. Dwa skrajne to:

  1. Możemy „zaostrzając” kryteria usiłować doprowadzić do sytuacji, gdzie z dowolnego dwuelementowego zbioru {a, b} potrafimy wybrać element „lepszy” co pozwoli „zautomatyzować” decyzje i – w przypadku jawności kryteriów - wykluczy możliwość pomówienia decydenta o nieuczciwość.


  1. Możemy uznać – w nauce byłoby to nawet łatwe do uzasadnienia – że dobrych kryteriów wygenerować nie sposób i stwierdzić, że ponieważ z żadnego zbioru {a, b} lepszego elementu wybrać się nie da (pomijamy tu przypadek, gdy np. cały dorobek osobnika a składa się z ewidentnych plagiatów prac osobnika b lub odwrotnie), to nic porównać się nie da.


Tak naprawdę, to w obu przypadkach decydenci są zbędni; w pierwszym nawet największy przygłup w stanie opilstwa podejmie decyzję poprawną, a w drugim żadnej decyzji podjąć się nie da. Oba rozwiązania mają też, niestety, pewne, subtelne wady.

Pierwszego nie udało się jeszcze nikomu w żadnej społecznie ważnej sprawie zrealizować, drugie nie jest nikomu potrzebne. Jest nawet gorzej. Porządek pierwszego typu, to po prostu lista wyborcza (w naszym, „partyjnym” znaczeniu, nie alfabetyczna).

Otóż ogromna większość metod generowania takich list polega na ich „składaniu” z list wyborców, np. członków rozmaitych ciał kolegialnych ustalających „stopień ważności” poszczególnych alternatyw.

Keneth Arrow ponad pól wieku temu pokazał, że zrobić się tego nie da, a wdzięczni decydenci dali mu za to nagrodę Nobla (to chyba jedyny Nobel, tak naprawdę, z matematyki, bo semantyczna „otoczka ekonomiczna” jest tu zupełnie nieistotna).

Tak więc od rozwiązywania konfliktów ucieczki nie ma i każdy decydent, wcześniej czy później, trafi na parę alternatyw {a, b} dla której będzie musiał sam, ad hoc, rozstrzygać, czy to a jest lepsze niż b, czy odwrotnie. I będzie w tym miejscu całkowicie samotny, bo nie będzie mógł odwołać się do ustalonych wcześniej kryteriów. Jak będzie wycwaniony, to powoła jakieś ciało doradcze i skutki złej decyzji zwali na jego członków zostawiając dla siebie zasługę podjęcia decyzji uznanej (zawsze ex post!) za słuszną. Ale jakby nie kombinował, zawsze trafi na typków, którzy potrafią się do jego decyzji sensownie „przyczepić” i oskarżyć go o nadużycie władzy, matołectwo zwyczajne (lub niezwyczajne), nepotyzm czy co tam jeszcze taki oskarżyciel wymyślić potrafi.

I rady na to nie ma. Pojawia się więc naturalne pytanie o granice tolerancji. Innymi słowy, pytamy o to jaki typ błędów jesteśmy skłonni decydentowi wybaczyć, a za co chcielibyśmy go ze stołka wywalić. Próba precyzyjnego opisu tych „byków” jest raczej beznadziejna; to po prostu iteracja (wielokrotne powtarzanie) próby stworzenia ostrych kryteriów, o których mowa w punkcie 1 wyżej. Jedyne co można zrobić, to odwołać się do „wyczucia” naszego decydenta, do jego znajomości „istoty rzeczy”, w przypadku decyzji dotyczących ludzi, do tzw. odczuć społecznych.

Nie jest to rzecz bezpieczna; gdyby zapytać dziś tzw. społeczeństwo, czy chce cięć wydatków socjalnych lub zdrowotnych albo ograniczeń płac, to odpowiedź byłaby dla tegoż społeczeństwa fatalna i za lat kilka byłoby pewnie gorzej niż było. Nie można też pytać np. samych tylko pracodawców lub posiadaczy dużych pieniędzy; to prowadzi na manowce równie szybko. To jest ryzyko, które decydent podjąć musi i które wkalkulowane jest w jego dochody i perspektywy zawodowe i społeczne.

Kłopot polega na tym, że wielu – nie tylko tzw. uczonych – chciałoby mieć profity bycia decydentem, ale wyłgać się od wspomnianego ryzyka. Dla pewnej klasy decydentów wymyślono nawet rozwiązanie instytucjonalne, tzw. immunitet, który teoretycznie zapewniać miał niezależność od nielegalnych nacisków i szantaży, ale który nie za bardzo się chyba sprawdza, bo wyposażeni w ten immunitet ludzie nie cieszą się jakoś szczególnym społecznym zaufaniem. Nie jest to więc chyba droga właściwa. Japończycy mieli – oni zawsze byli „inni” – instytucję seppuku, ale to daleko od współczesnej Europy.

Bardzo dobrze funkcjonowały pochodzące jeszcze z czasów Sałtykowa – Szczedrina rozwiązania proponowane przez radzieckie służby bezpieczeństwa, ale i one, nie wiadomo dokładnie dlaczego, jakoś się u nas nie przyjęły. Nie widać też żadnych sensownych rozwiązań w USA, gdzie co rusz o jakichś aferach finansowych z bezkarnymi decydentami w tle gadają. Wygląda na to, że niczego sensownego wymyślić się tu nie da. Prawdziwym problemem jest jednak to, że nie da się tego nawet powiedzieć.

Staliśmy się – en mase – hipokrytami.

Decydenci bredzą o honorze, poczuciu odpowiedzialności, swojej misji i co tam jeszcze da się wzniosłego wykoncypować i sami na siebie kręcą bicz, bo im więcej tych durnot nagadają tym łatwiej ich potem na nich „zagiąć”.

Część społeczności (chyba każdej społeczności) udaje, że w to wszystko wierzy, a jeszcze bardziej udaje sama przed sobą, że ci decydenci to innych może i wykiwają, ale nam, mądralom przebiegłym, zaszkodzić nie mogą.

Inna cześć ma jakieś poczucie naturalności stanu niewolnictwa i nawet nic nie gada, tylko kombinuje jakby tu przeżyć. I też udaje; udaje, że kontentuje się tym, co ma.

Są i tacy, którzy zakładając końskie okulary (Wieczorek nazywa to chyba strusiówką, co jest błędem, bo oni jednak swoje korzyści widzą), oszukują własne sumienie.

Najuczciwsi są, oczywiście, ci którzy sumienia nie mają. Ale niektórzy z nich i tak oszukują; mówią, że mają. Te, raczej chyba mętne – ale za to bez pretensji do bycia naukowymi – dywagacje wypisuję po to, by spróbować sprowokować dyskusję o rzeczach podstawowych; o rozumieniu tzw. przyzwoitości.

W moim odczuciu nie da się o niej sensownie gadać, bez wspominania o tolerancji, a wydaje mi się, że dyskusja w portalu zmierza w kierunku próby obalania twierdzenia Arrowa.

Typową cechą tzw. inteligencji (to jest wyjątkowo wredne słowo, ale lepszego tu nie znajduję) jest z jednej strony nadmierna (i nieuzasadniona) wiara w moc racjonalności, z drugiej mnóstwo wynikających z szerszego widzenia świata wątpliwości. Obie te cechy do spółki z poczuciem własnej wartości i uświadamianym sobie niekiedy wiszeniem na klamce ludzi, którzy wytwarzają bardzo prozaiczne, a potrzebne do życia przedmioty (np. żarcie) tworzą z inteligencji „polityczny motłoch”, który jest relatywnie łatwy do opanowania.

Jest jeszcze parę innych przyczyn tego stanu rzeczy, te są najbardziej widoczne. I w takim właśnie kontekście trzeba widzieć np. znaną zasadę, że prawo nie działa wstecz. Coś, co w innej społeczności byłoby małą grudką pod kołem zmian, w przypadku inteligencji staje się barierą nie do pokonania, co więcej narzędziem petryfikacji tego co mamy.

Inteligencji łatwo jest „podrzucić” jakiś techniczny temat zastępczy, bo inteligenci w ogóle dyskutować lubią, więc zawsze kilku chętnych się znajdzie.

Rozmowa o sprawach podstawowych jest zawsze trudna; nie można oprzeć się na tzw. faktach, nie bardzo wiadomo jakie stosować argumenty, jakie rozumowania (logika jest etycznie neutralna) i często ląduje się w sytuacji, gdzie jest kłopot nawet z jasnym wyartykułowaniem problemów dobrze „wyczuwalnych”.

Dla przedstawicieli tzw. sciences dyskusja taka jest szczególnie trudna, bo sytuacja dyskutanta daleka jest od komfortu matematyka, który, śladem wczesnego Witgensteina mówi tylko o tym, o czym powiedzieć można jasno.

Jakoś tak podskórnie pojawia się też niewypowiadane głośno poczucie pewnej „wyższości”; oto my, ludzie twardego, ścisłego, myślenia wiemy dokładnie o czym mówimy i duperelami zajmować się nie będziemy. Wśród „ścisłowców” (ale nie tylko) pokutuje też przekonanie o wartości „specjalizacji”, fachowości, która powinna być „jednokierunkowa”. Pokusa zwalenia tych problemów na „autorytety moralne” jest więc ogromna.

Ja staram się czytywać prasę, od czasu do czasu również jakąś książkę, i mam wrażenie, że w gadaniu o tzw. wartościach wyspecjalizowało się grono ludzi używających tych samych ogłupiających sloganów opartych o niekiedy wręcz szkodliwe stereotypy kulturowe. Jednym z nich jest przekonanie o naturalności rozmaitych hierarchii i przypisanych do miejsc w takich hierarchiach tzw. etosów.

Ludzie w toto wierzą, a głosów jasno pokazujących nierealność artykułowanych przez owe etosy zasad nie słychać. Toniemy w „hipokryzji wzajemnej”, z której, bez ruszenia podstaw, wyjścia nie widać; elita plącze się we własne sieci, a reszta populacji zamiast – dla własnego dobra – elicie pomóc, krzyczy o zmniejszanie oczek tej sieci.

Mam nadzieję, że nie po to by elitę „wykopać” i zając jej miejsce. Spróbujmy może spokojnie – bez ambicji do uzyskiwania szybkich wyników – pogadać o tym jakie błędy bylibyśmy skłonni decydentom wybaczyć, a jakich nie. Wśród tych ostatnich na czele typowałbym hipokryzję.

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.061 | powered by jPORTAL 2