Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 3


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Reformy systemu nauki i edukacji > Reformy bez kontroli na długo nie starczą

Waldemar Korczyński

Reformy bez kontroli na długo nie starczą 



O czym mówimy?

Pytamy tu, oczywiście, o to, czym jest nauka. Dobrej odpowiedzi - jak na większość ważnych pytań - nie ma. Potoczne, acz rzadko artykułowane intuicje podpowiadają określenie nauki jako sposobu pozyskiwania i weryfikacji wiedzy. Tak chyba myśli tzw. szary obywatel, z którego podatków nauka żyje. Zobaczmy jak ma się takie określenie do tego, które zawarte jest w stosownych ustawach.

No i mamy problem; ustawy regulują rozmaite ważne aspekty życia naukowego, ale nigdzie - nawet implicite - nie zająkną się nawet na temat jakiejkolwiek definicji nauki, ani tzw. uczonego.

Dopóki fizycy nie krzyczą o kasę, dopóty wspomniany podatnik może zaakceptować określanie fizyki jako tego co fizycy robią po nocach zamiast zabawiać się lub po prostu spać. Może, bo społeczna użyteczność fizyków en bloc jest raczej bezdyskusyjna. Z innymi "dyscyplinami naukowymi" tak prosto, niestety, nie jest. Kłopotów definicyjnych jest kupa, a sprawy olać się nie da, bo chodzi o forsę. Gdyby, jak to drzewiej bywało, naukowcy byli pasjonatami finansowanymi przez zamożnych, a oświeconych i bezinteresownych prywatnych sponsorów (vide Wolter i król pruski Fryderyk Wielki lub, jeszcze lepiej, nasz(?) August Mocny i Boettger, "wynalazca" porcelany miśnieńskiej), nie byłoby sprawy.

Tak właśnie nauka przez wiele lat funkcjonowała. Problem w tym, że bezinteresowni(?) sponsorzy wymarli, a ambicje - w tym i materialne - uczonych wręcz przeciwnie.

Elity nowe czy nuworyszowskie?

Uczeni stali się zupełnie nowym typem elity, do której powiedzenie, że elitarność zobowiązuje nie zdążyło się nawet na dobre przylepić.

Porównajmy; etos szlachty jako grupy społecznej kształtował się przez wieki, a zasady były raczej proste i oscylowały na ogół wokół jakichś wartości transcendentnych i wierności wobec suwerena. Początki etosu naukowca to chyba niemieckie uniwersytety XIX wieku. I z samej natury rzeczy trudno go było oprzeć o tak proste wartości.

Jest jeszcze gorzej; szlachta była jakoś kontrolowana przez inne stany. Jak się szlachcic ochlał i stół w knajpie zanieczyścił, to wszyscy wiedzieli, że postąpił źle.

A naukowiec powiedzieć przecież może, że badał reakcje swego organizmu na nowy typ trunku. Dla dobra nauki, oczywiście.

Żart jest tylko pozorny; nauka - jakkolwiek rozumiana - bardzo szybko stała się światem samym dla siebie ze swoim odrębnym językiem i - w imię tzw. postępu - zażądała dla siebie również innych praw. Można powiedzieć, że miała prawo, bo zaczęła być motorem zmian. Kłopot w tym, że właściwie od początku nie mogła być przez nikogo spoza środowiska kontrolowana.

Kontrolowanie nauki jest niekodyfikowalne

Nauka -  przynajmniej w rozumieniu sciences - jest tak bardzo nienaturalna, tak odbiegająca od potocznego myślenia, że tzw. szary obywatel nie tylko oceniać, ale nawet gadać o niej sensownie nie potrafi.

Sytuacja jest tu jeszcze gorsza niż w przypadku prawa, gdzie wykształciła się spora grupa ludzi żyjąca z tłumaczenia na normalny język niespójnych i mętnych zazwyczaj przepisów, o którą to niespójność i mętność, a głównie hermetyczność języka sama (ta grupa) zadbała i której broni jak idei najwznioślejszych.

Czy próbowali Państwo pogadać z prawnikami o pojęciu prawdy czy niesprzeczności? A jeszcze lepiej o logikach nieklasycznych, którymi (np. ze względu na "uprawdopodobnianie") tak namiętnie się posługują.

Ja próbowałem; polecam, naprawdę warto.

Prawnicy zawarowali sobie swą wysoką wartość oryginalnymi przepisami; a to immunitet, a to wymóg by do SN czy TK zwracać się mógł tylko dyplomowany prawnik, a to rozmaite pomysły na wzmocnienie korporacyjności "zawodu" prawnika.

Generalnie wszystkie te ograniczenia wyrazić można następująco; oto my, dzięki wyjątkowym wartościom etycznym i biegłości w rozumieniu co jest dobre, a co złe, mamy prawo rozstrzygać spory między nie mającymi tej wiedzy profanami. Zdobyliśmy tę wiedzę dzięki ogromnej pracy (czy to nie prawnicy najczęściej rżną w brydża na studiach?) nie dla siebie - wiadomo jak marnie zarabiamy - ale po to, by pracą naszą ciężką lud uszczęśliwiać. I co do pracy, to mają rację. 

Brana serio praca prawnika wymaga niesamowitego wysiłku; czytania ogromnej ilości dokumentów, próby zrozumienia ich treści, zebrania tego do kupy i żelaznej psychiki, by zderzać się z ludzką krzywdą i cierpieniem. Prawnik może jednak to wszystko olać i korzystając ze wspomnianych wyżej narzędzi uczynić ze znajomości prawa narzędzie dojenia niekumatych w przepisach matołków podbijając stale stawki za swe usługi i blokując dostęp do tego "zawodu" ludziom mogącym ceny usług obniżyć.

Społeczeństwo mogłoby się skutecznie bronić; wystarczyłoby zapytać o niesprzeczność prawa i zażądać, by gwarantowało ją Państwo. Nie uczyni tego, bo  nie tylko nie widzi takiej możliwości (od reform prawa są przecież mądre autorytety prawne) ale nawet nie potrafi wyartykułować o co mu chodzi. Ale w rozmaitych sondażach zajmujące się stosowaniem prawa instytucje Państwa oceniane są coraz gorzej; ostatnio w jednym z sondaży było 69% ocen negatywnych.

Nauka jest w znacznie lepszej niż prawo sytuacji. Ludzie jej nie oceniają, bo nie ma stosownej "płaszczyzny zderzenia".Konsumentem wytworów nauki jest na ogół sama nauka i - w śladowej ilości - przemysł oraz szeroko rozumiana władza.

Społeczeństwo nie wkurza się na naukę również dlatego, że - w przeciwieństwie do np. polityki - nie jest ona przedmiotem zainteresowania tzw. niezależnej (ciekawe ilu z nas w to wierzy?) prasy. A nie jest, bo przeciętny dziennikarz nie potrafi przełożyć naukowych szwindli na interesujący tekst. Piszący również tu Marek Wroński, dziennikarz nieprzeciętny, raczej nie ma szans (pojedyncze wypowiedzi w prasie wiosny nie czynią) by zainteresować szarego obywatela problematyką plagiatów, bo samo pojecie własności intelektualnej długo jeszcze kojarzyć się ludziom będzie z żądaniami cwaniaków, co to muzyki słuchać publicznie nie pozwalają i płacić sobie za takie bzdury każą. To są realia, których "partnerstwo dla wiedzy" dotyka. Jak by nie kombinował, nauka zawsze pozostanie poza normalną, permanentną kontrolą.


Nauka jest wrażliwa na szwindle bardziej niż inne dziedziny życia

Niektórzy myślą, że to dla naukowców dobrze. Z jednej strony przekręty w nauce robi się o parę klas łatwiej niż w biznesie, z drugiej lud czarny na pysk przed Jej Wysokością (nauką) pada i forsę bez zmrużenia oka buli. Sowizdżałów nie widać, a wiadomo, że motłoch i tak każdą "naukowo uzasadnioną" brednię kupi, wiec hulaj naukowa duszo. W zasadzie to tak toto przez wieki całe funkcjonowało i nikt nie krzyczał, ze król jest nagi.

Ostatnio jednak sytuacja trochę się jakby zmienia. U nas jeszcze nie, ale w Ameryce, to co bardziej wredni naukowi dysydenci zaczynają o naukowych szwindlach pisać. Mnie najbardziej podobają się numery podobne do tego, jaki postmodernistom wyciął Sokal, ale chyba ze dwa lub trzy lata temu czytałem książkę pod tytułem "Nauka skorumpowana". Autora nie pomnę, ale traktuje on o przekrętach na styku nauki z dużą forsą. I nauka nie była pozytywnym bohaterem tej książki. Naprawdę warto przeczytać. Ja pewnie też do tej książeczki wrócę, bo jej aktualność jest przez kolejne propozycje reformy naszej nauki stale odnawiana.

Nie wiem, niestety, kto komu proponuje tytułowe "Partnerstwo dla wiedzy", ale obawiam się, że dla żadnej ze stron nie jest to dobry interes. Na ile znam życie nasze polskie, to chodzi o to, by tak zmieniać, aby nowe zawsze wrócić mogło. Do szczegółów odniosę się w innym miejscu, ale tu zauważyć chciałbym rzecz podstawową; otóż demoralizuje nie sama tylko władza, ale głownie brak kontroli i ponoszenia odpowiedzialności. I te dwie cechy obecnego systemu wszystkie propozycje reform zachowują. Hasło "z żywymi naprzód iść" odmienialiśmy w naszej historii przez wiele form i przypadków; ostatnio permanentnie przez 20 lat. Coś mi się ono z innym, o Polaku co to przed szkodą i po szkodzie głupi, kojarzy.


Etyka "naukowa" nie może zastępować etyki "zwyczajnej".

Jeśli jakiekolwiek reformy nauki mają ją uzdrowić, to zamiast pisania zawiłych kodeksów etycznych, które każdy interpretować może jak tylko zechce, warto byłoby pomyśleć o stworzeniu mechanizmu permanentnej kontroli już nie jakiejś specjalnej "naukowej" etyki, bo na to dziś chyba za późno, ale zupełnie elementarnych zasad przyzwoitości. Takiej zwyczajnej, ludzkiej i dla normalnych ludzi zrozumiałej.

Tu nie chodzi o tworzenie kolejnych komisji ds. etyki, ale sytuacji, w której ludzie dostrzegający zachodzące w nauce szwindle i naruszanie zwykłej etyki nie byli natychmiast piętnowani jako dysydenci lub eliminowani pod pozorem niespełnienia warunków, których nie spełniają ci, którzy o wykluczeniu decydują. Ja nie mam dziś pomysłu na taki mechanizm, ale na pewno sprzyjałoby jego powstaniu wytworzenie się klasy "śledczych dziennikarzy naukowych". To nie jest prosta sprawa, ale bez jej załatwienia każda reforma wyrodzi się w końcu w karykaturę swego celu.


Brak społecznego zainteresowania nauką sprzyja mąceniu naukowej wody

Najpoważniejszym problemem "praktycznym" jest brak zainteresowanych. Beneficjanci tego co mamy nie są zainteresowani, bo mogliby posiadane przywileje stracić lub - potępiając często to, co mamy - nie chcą tracić czasu na awantury, których rezultat wcale taki oczywisty nie jest.

To nie jest - jak piszą co ambitniejsi młodzi koledzy - tak, że habilitacja dzieli naukowców na wyzyskiwanych i wyzyskiwaczy, a profesura wyznacza szumowinę wyzyskiwaczy. Ja spotykałem bardzo uczciwych ludzi również po drugiej stronie habilitacji; co więcej podejrzewam, że było ich tam całkiem sporo, a wielu z nich skorzystałoby na proponowanych w NFA zmianach, w tym również na zniesieniu habilitacji.

Jest, oczywiście, pytanie o to, dlaczego na temat odpowiedzialności milczą. Tu każdy odpowiedź znaleźć musi sam. Z drugiej strony zadziwia narzekanie "młodych wilków" na to co mamy, bez propozycji jak uchronić ich dzieci przed tym, co ich samych (tych młodych wilków) tak bardzo boli. Czyżby chodziło o to, aby zająć miejsce "gerontów" (fajna nazw, co? I niczego, oczywiście, nie uogólnia, prawda?) i samemu tę śmietankę spijać? I nie rzucać młodszym i ambitniejszym wilczkom pod nogi starych kłód profesury i habilitacji, ale zupełnie świeże, nowo ociosane, bale rozmaitych ocen parametrycznych?

To chyba niemożliwe; przecież wszyscy krytykanci nic jeno naukę prawdziwą, a wolną chcieliby uprawiać, więc na dobrą sprawę nie tylko habilitację, ale i doktorat, o licencjacie już nie wspominając likwidować zechcą. Ja nie słyszałem głosów domagających się likwidacji doktoratów. Nawet pomyśleć nie mogę, że to dlatego, iż dyskutanci doktoraty na ogół mają.


Gdzie ci pasjonaci?

Gdyby naukowcami zostawali tylko pasjonaci (a mężowie uczeni gadali, że to jest właśnie standard), to zamiast skomplikowanej hierarchii i najróżniejszych szlabanów wytworzyliby wspólnotę nauczanych i nauczających wspólnie bawiących się w dochodzenie prawdy.

Zamiast stanowisk i etatów mieliby miejsca w salach dyskusyjnych i laboratoriach, gdzie bez jakiegokolwiek specjalnego szacunku dla miejsca (siedzenia) gadaliby przy kawie, winku, czy  piwie o interesujących ich sprawach zamiast naparzać się w czasie meczów po mordach jak ich mniej pasjonaccy koledzy. A utrzymanie tych sal i laboratoriów byłoby dla podatnika tańsze niż obecnych instytutów z wężykami uczonych nazw.

Zarabiać mogliby sobie gdzie by tylko chcieli; również w szkołach, które nikogo by nie oceniały, a tylko przygotowywały do państwowych egzaminów (nie więcej niż kilku w roku). Kiedy o czymś takim gadałem w pracy, uznano mnie za obrazoburcę.

Napisałem potem o tym kilka tekstów (również w NFA), ale jakoś bez echa. Widać naukę i nauczanie pasjonaci lubią tak samo. Bez względu na poziom nauczanych, który to poziom nic tylko podnosić by chcieli. Chyba wierzą, że wszyscy ludzie są równi, a zdolności rozciągliwe jak gumka z majtek na dupie Maryny.

Parków nauki, kształcenia "w uczelni" zamiast "na kierunku" i rzeczywistej wolności i bezinteresowności nauki nie ma. Jest za to korporacja ludzi usiłujących żyć z samego faktu bycia naukowcem i okopania się na odpowiednio wysokich "naukowych" pozycjach. Ja rozumiem, że właśnie ten fakt kojarzy się z przypisanymi do habilitacji uprawnieniami, ale mówienie o znoszeniu samej habilitacji, a nie tych uprawnień, bardzo skutecznie go zaciera.


Zabiegi formalne poziomu nie podniosą.

Gadanie o możliwości wymuszania jakiegokolwiek "podnoszenia poziomu" (nb. kto i jak miałby ten "wysoki poziom" skonsumować?) - wszystko jedno czy habilitacji, doktoratu, czy licencjatu - to zwykłe mydlenie oczu. Jedyne co można w ten sposób osiągnąć, to podnoszenie "poziomu formalnego"; lepszego języka, bardziej skomplikowanych (po co?) rozumowań czy większej ilości pozycji w spisach literatury. Aby cokolwiek podnosić, trzeba umieć różne wartości owego "czegoś" porównywać!

Nie widziałem żadnej skali wartości prac naukowych; tu nawet skale rozmyte czy przybliżone nie istnieją. Jest jeszcze gorzej, bo koncentrowanie się na podnoszeniu poziomu formalnego skutkować może olewaniem problemów ryzykownych. Dlatego wszelkie próby formalizowania tzw. ścieżek awansu, ścieżek kariery itp. uważam za oszustwo.

Nie żyjemy jednak w platońskiej Utopii, ale w zupełnie konkretnym europejskim kraju, gdzie kupa ludzi chce z zabawy w naukę żyć co najmniej tak dobrze jak ich koledzy w tzw. biznesie, ale bez przypisanego do biznesu ryzyka.

Nie ma chyba sensu dyskutować o tym czy jest to uczciwe, bo nikt takiej dyskusji nie podejmie. Można co najwyżej wybierać między różnymi stopniami tej "uczciwości". Jednak nawet z tego punktu widzenia trudno jest ocenić propozycje "partnerstwa dla wiedzy" jako znaczący postęp.

Ja przynajmniej ani propozycji kontroli ani ustanowienia odpowiedzialności w nauce nie widzę. Jeśli się mylę, będę naprawdę wdzięczny za wykazanie mi pomyłki.


nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.024 | powered by jPORTAL 2