Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Darmowy program a...
Mobbing uczelniany
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 5


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Reformy systemu nauki i edukacji > Posłowie do tekstu "Reformy bez kontroli na długo nie starczą"

Waldemar Korczyński


Posłowie do tekstu 

"Reformy bez kontroli na długo nie starczą"



 

Motto

Kanalizacja jest dobra, gdy woda idzie do góry,

a gówno na dół. Jest zła gdy jest odwrotnie. Jest fatalna

gdy woda miesza się z gównem.

 

Mój kumpel, Jacek D. Dyplomowany Urzędnik,

 primo voto technik budowlany

 

Dziękując za komentarze do mojego tekstu o potrzebie ustanowienia kontroli etycznych aspektów bycia naukowcem (np. tzw. zachowania godnego nauczyciela akademickiego, na co się nadziałem; zachowywałem się, oczywiście, niegodnie) pozwolę sobie niektóre sprawy "uściślić".


Główną tezą tego tekstu było otóż raczej oczywiste, jak sądzę (proszę o korektę, jeśli tak nie jest), stwierdzenie, że w nauce same "reformy systemowe", bez wymuszenia zmiany mentalności części uczonych nic nie dadzą.


Ja tu niczego nowego nie wymyśliłem. Powtarzam za innymi wielokrotnie przez życie zweryfikowaną prawidłowość.


Wiele lat temu (tak około 1994 roku) gościł w Kielcach jakiś prominentny amerykański biznesmen, który prawił o przewagach kapitalizmu nad tym, co my wtedy mieliśmy (ja do dziś nie wiem co to było). Za podstawy kapitalizmu uznał duch przedsiębiorczości (wszyscy bili brawo) i oparty o biblię etos przyzwoitości (milczenie sali).


Określenie "etos przyzwoitości" jest pewnie bardzo redundantne, ale ja chwilowo lepszego nie znajduję. A chodzi mi swoiste nakładanie się sztywnych i transcedentnie umocowanych zasad religijnych i wypracowanych przez wieloletnią praktykę zasad współpracy i rozwiązywania pojawiających się w normalnym życiu konfliktów. Potem, chyba na łamach "Tygodnika Powszechnego" prof. L. Pacholski (ten z Wrocławia) powiedział, że poziom studiów zależy nie tylko od wyposażenia uczelni w sprzęt i kadrę, ale również od tego jacy przychodzą na te uczenie studenci. Ubolewał, zdaje się, że olimpijczycy uparcie idą na renomowane uczelnie warszawskie, które się w ten sposób dodatkowo wzmacniają. Nie pamiętam tej wypowiedzi dokładnie, ale taki był chyba jej sens. I taka jest zasada. W tzw. mądrości ludowej kojarzy mi się to w tej chwili z powiedzeniem, że z pustego i Salomon nie naleje, ale na pewno znajdą Państwo lepsze odpowiedniki.


Być może na poziomie edukacji bardzo elementarnej i o dobrze zdefiniowanych celach znaczenie "materiału" w stosunku do wartości systemu jest pomijalnie małe (por. powiedzenie, iż bitwę pod Sadową wygrał pruski nauczyciel), ale potem zaczyna ono rosnąć wykładniczo, bo to ludzie te systemy ustanawiają. Powstaje w ten sposób pewien rodzaj "błędnego koła"; patrząc na całość en bloc widać, że funkcjonuje źle, ale - nie wiadomo dokładnie dlaczego - standard jest taki, że albo szukamy "winnych", albo winimy abstrakcyjny system i postulujemy jego modyfikację, ale bez żadnych rozliczeń konkretnych ludzi.


Pierwszą możliwość stosuje władza do "kozłów ofiarnych", a drugą do siebie. Błędne koło polega tu na wzmacnianiu cech negatywnych poprzez zachowania GTW (Grupa Trzymająca Władzę) ukierunkowane na ich usuniecie. GTW nie może jednak postępować inaczej, bo prowadziłoby to do jej marginalizacji. Zachowania w tym sensie niestandardowe, to rewolucje. Jednak cena normalnej, niesterowanej z zewnątrz, rewolucji jest bardzo wysoka, a jej skutki nieprzewidywalne.


W powiedzeniu, iż rewolucja pożera swoje dzieci jest sporo prawdy. Zazwyczaj zresztą pożera nie tylko rewolucjonistów, ale i bardziej wartościowe jednostki dawnej GTW, które nie mając dostatecznie elastycznego kręgosłupa są właściwie skazane, bo ich dawni "koledzy po władzy" szybko się przefarbują, a potrzebując uwierzytelnienia w nowej roli chętnie dawnym kumplom dokopią.


Nie każdego więc na rewolucję stać, a z przykładu naszego wschodniego sąsiada wnosić można nawet, że stać na to tylko niewielu.


Wydaje mi się jednak, że naukę polską stać na coś pośredniego; na jawność. Wiem, wiem, że wielu z Państwa powie, iż jawność to my już mamy, więc nie ma o czym gadać. Chyba jednak jest.


Gdyby wszystkie dokonania wszystkich uczonych były całkowicie jawne, to znacznie trudniej byłoby naukowcom kiepskim uwalać lepszych od siebie (nie twierdzę, że byłoby to niemożliwe; por. powiedzenie nauka radziecka zna takie przypadki). Może nawet dałoby się powiedzieć trochę prawdy o motywach wcześniejszych działań takich uczonych.


To tyle uwag "ogólnych". Może teraz o konkretach.


Pisząc, że nauka jest niekontrolowalna i nieocenialna (bo tak chyba trzeba rozumieć wypowiedzi Jana(Janka) i Z. Szulca nie chciałem powiedzieć, że jest taką "w ogóle" tzn. m.in. że nigdy nieocenialna. Oczywiście jest i przykładów jest mnóstwo. Kłopot w tym, że zazwyczaj trudno jest ocenić odkrycie w chwili jego powstania.


A decyzję co do podjęcia tematu (i stosownego podzielenia forsy) podjąć trzeba szybko. I bywa, że jednostka wie więcej niż środowisko; por. obawa (kunktatora?) Gaussa o wrzask Beotów w przypadku opublikowania jego odkryć z geometrii (prawdopodobnie nieeuklidesowej).


Jest jeszcze jeden równie ważny co wredny aspekt kontroli nauki; fachowość kontrolera. Bywają dziedziny tak wąskie, że sensowna ilość ekspertów byłaby niewiele mniejsza niż ilość ludzi zajmujących się tematem, a kontrole możliwe tylko przez powtarzanie kosztownych eksperymentów. Numer "na Sokala" wycięli zresztą pewnej poważnej konferencji również studenci MIT. Dowcip "spalili" gadając o sprawie przed ostateczną recenzją, ale osad pozostał.


Lipa zimnej syntezy i afera z koreańskim klonowaniem sypnęły się niejako "z natury rzeczy", bo sprawa była za duża i chętnych do kontroli mnóstwo.


Czy jednak ktoś z Państwa może zagwarantować, że wśród setek tysięcy doniesień o nowych - różnej wagi - odkryciach nie ma już żadnej lipy? Pisząc, że nauka jest niekodyfikowalna miałem na myśli coś podobnego; rozwój nauki jest znacznie szybszy i ma bardziej nieprzewidywalne skutki niż rozwój "normalnego" życia społecznego. Tu zresztą pojawia się ten sam problem; kodyfikację działalności naukowej - jeśli ma ona być skuteczna - powinien prowadzić ktoś/coś zorientowany zarówno w tzw. naukoznawstwie, konkretnych naukach szczegółowych (to może trochę mniej, ale w przypadku nauk związanych np. z życiem ludzkim chyba byłoby warto), szeroko rozumianej kulturze i, oczywiście, prawie.


Z tego co ja wiem, to chwilowo nikogo takiego nie ma, a próbami kodyfikacji nauki zajmują się pasjonaci. Jeśli się mylę, będę wdzięczny za sprostowanie. Ale w moim tekście nie miałem zamiaru pisać o styku prawa i nauki, rozumianej jako sam odarty z wszelkich aspektów społecznych, proces pozyskiwania i weryfikacji wiedzy. A mam wrażenie, że to o tym kilka osób pisało.


Moją jest winą, że nie podkreśliłem dostatecznie wyraźnie faktu, iż piszę o nauce rozumianej jako zjawisko społeczne; pewne nietypowe środowisko, do którego przykładanie zwykłych miarek może być zawodne. I jedynym co naprawdę postulowałem było poważne potraktowanie obowiązującego teoretycznie i dziś prymatu normalnej, typowej dla zwykłych ludzi, etyki nad rozmaitymi wynaturzeniami motywowanymi rzekomą etyczną odrębnością nauki.


Nie wiem czy ładnie jest pisać o swoich sprawach, ale pokaz takiej "akademickiej" etyki dał chyba prof. Adam Massalski w odpowiedzi na zadane mu przez redakcję "Kontratekstów" pytania. Szczegóły, miejscami chyba nawet zabawne, znaleźć można w zamieszczonym w rzeczonych "Kontratekstach" artykule K. Łozińskiego "A tak, poza tym, wracając do pytań".


Ja podaję tu przykład, który dobrze znam i w którym senator Massalski explicite pisze o "zwyczajach akademickich" wyłączających (przynajmniej lokalnie) działanie etyki zwykłej. Mógłbym również podać przykład wyłączania art. 54 Konstytucji (ten o wolności wypowiedzi) i publicznego określania jako "nieetyczne" wypowiedzi ujawniających poważne nieprawidłowości w funkcjonowaniu uczelni.


Mógłbym podać wiele innych przykładów takich wykluczeń działania zwykłej etyki. Lista byłaby długa, a podejrzewam, iż wielu z Państwa potrafiłoby coś jeszcze dopisać. Myślę, ze J. Wieczorek mógłby służyć nawet jakimś usystematyzowaniem. Można, oczywiście, powiedzieć, że takie numery zdarzają się również poza nauką. Problem w tym, że żadna inna dziedzina ludzkiej działalności (pomijam tu tworzenie wzorców przez media) nie jest równocześnie tak autonomiczna i opiniotwórcza jak nauka, a wytworzone np. przez wspomniane wyżej zachowania wzorce wracają potem do nauki jako wypaczone reguły.


Mnie razi brak mechanizmów permanentnie regulujących ten proces. Tego nie da się załatwić przez kodeksy ani komisje etyczne. To tak, jakby rektor uczelni w przypadku rozróby z ofiarami i pożaru w uczelnianym kampusie oświadczał, że załatwi sprawę w ramach autonomicznej uczelni i jeszcze odmówił odpowiadania na pytania o stan faktyczny.


Ja chciałem zwrócić uwagę na fakt, że żadna z reform nic o takim mechanizmie nie wspomina. Mechanizm ten mógłby stanowić filtr (oczyszczalnię?), który powinien być częścią każdej kanalizacji. Nie mam złudzeń; są przypadki, kiedy wartość, nawet bardzo nieetycznej, jednostki dla systemu jest większa niż ocena jej wad. I każdy system będzie taką jednostkę tolerował. Ta wyjątkowa wartość powinna być jednak jakoś uznana i udokumentowana, a system nie musi takiego osobnika szczególnie hołubić; tolerancja wystarczy.


My mamy sytuację gdzie hołubione bywają (nie wiem czy , ale na pewno bywają) jednostki którym trudno jest przypisać jakąś szczególną wartość. Żaden filtr nie jest idealny, ale programowa rezygnacja z posiadania filtrów wydaje się być nieporozumieniem.


Mamy wielu znakomitych i o wysokim morale naukowców, ale nie wszyscy nasi uczeni są tacy. I to trzeba zauważyć. Tak jak i to, że prawnicy bywają rozmaici. Ja nie wkładam wszystkich do jednego worka; przeciwnie pisałem nawet, że poważnie potraktowana praca prawnika jest niesamowicie ciężka.


Ja mam problemy z wystawianiem negatywnych ocen studentom, bo zawsze boję się, że może kogoś skrzywdzę (choć podzielam poglądy P. Małgorzaty, P. Barbaszewskiego i Zbyszka o ich poziomie). Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, gdzie działając w warunkach informacji niepełnej i niepewnej miałbym np. skazać człowieka na tzw. karę.


Bywa jednak różnie, a prawnicy uparcie ignorują istnienie formalnych metod sprawdzania poprawności rozumowań i kontroli niesprzeczności zbiorów przepisów. A metody takie istnieją (również jako programy komputerowe) i choć nie przerobiłyby sądowej "gry" między stronami na proces poszukiwania zgodnych z prawem rozstrzygnięć, to na pewno przybliżyłyby tę grę do postulatu Jana(Janka) bycia zrozumiałą dla przeciętnego obywatela.


Obarczam prawników winą w tym sensie, że nie krzyczą, iż przepisy są złe i tworzą prawo (np. orzeczenia SN czy TK) bez formalnej weryfikacji jego niesprzeczności. Obarczam ich też (ale nie wszystkich) tym, że piszą nieczytelne dla przeciętnego człowieka orzeczenia cytując np. nazwy przepisów bez uzasadnienia ich interpretacji. A tak nawiasem; czy nie drażni Państwa powiedzenie, że ktoś "wygrał proces"? To się przecież skądś bierze, a sąd nie jest ani ringiem ani karcianym stolikiem.


Może ja się źle wyraziłem, ale pisząc - może zbyt ironicznie (mam jednak naprawdę ciekawe doświadczenia) - o prawnikach nie uogólniałem tych poglądów na wszystkich prawników. Jeśli "pingwin", źle mnie zrozumiał, to przepraszam.


Mam nadzieję, że teraz napisałem to lepiej. Nie wiem czy się wytłumaczyłem, ale teraz nic więcej nie wymyślę. Przepraszam, że zamiast wypowiadać się w komentarzach piszę kolejny długi tekst, ale chwilowo mam pewne kłopoty ze stałym dostępem do Internetu.

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.022 | powered by jPORTAL 2