Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 5


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Kij w mrowisko > Czy nauka przeżyje?
 

Czy nauka przeżyje?

Tomasz Barbaszewski

Na marginesie dyskusji o szkolnictwie wyższym - prywatne czy państwowe, płatne czy bezpłatne itp. pojawiło się kilka opinii stwierdzających, że współczesna nauka to przedsięwzięcie zespołowe.

W moim przekonaniu zachodzi tu spore nieporozumienie, spowodowane głównie tym, że pojęcie „działalność naukowa” rozdęto jak gumowy balon wrzucając do niego prawie wszystko, co się da. I mamy taką sytuację, jak w starej książeczce „Żarty fizyków”, która zawiera między innymi słowniczek umożliwiający poprawne zrozumienie języka publikacji „naukowych”:

  • urządzenie automatyczne” oznacza w tym języku ma wyłącznik,

  • aparatura elektroniczna” - zawiera diodę,

  • komputer” - zawiera tranzystor...

Dziś pojęcia „nauka”, „naukowiec”, „badania naukowe” itp. są powszechnie nadużywane. Być może jest tak z tego samego powodu, dla którego „komputer” brzmi tak mądrze i dodaje prestiżu informacji „naukowej”.


Nie chcę się wypowiadać o naukach humanistycznych, bo nie jestem kompetentny. Ale w tak zwanych „dziedzinach ścisłych” mamy do czynienia z pomieszaniem z poplątaniem. Najlepiej sytuację oddaje rozmowa, którą przeprowadziłem kiedyś z inżynierem oprogramowania jednej z czołowych firm w Kalifornii zajmującej się tworzeniem profesjonalnego oprogramowania. Stwierdził on: „We are Super-Glue Company”! Oczywiście klejenie różnych idei oraz technologii i stworzenie z nich kompletnego użytkowego produktu nie jest zadaniem prostym – ale trudno mówić w tym przypadku o działalności naukowej. To typowa działalność inżynierska, które wynikiem jest produkt komercyjny posiadający określone właściwości narzucone przez wymagania rynku.

Podobnie jest w sferze produkcji materialnej – samochody, telewizory, lekarstwa itd. też wytwarzają „Super-Glue Companies”. To powszechna praktyka (nasza fabryka w Tychach produkuje i Fiata Pandę i Forda Ka”), która umożliwia redukcję kosztów, szybsze wejście na rynek itp.

Produkty – od prostych do bardzo skomplikowanych powstają z zasady w wyniku pracy zespołowej. Ale warto pamiętać, że samochód osobowy oraz LHC w Cernie to są produktami mającymi zaspokoić wymagania przyszłych użytkowników (oczywiście o zupełnie różnym stopniu komplikacji i tym samym cenie) i powstały w wyniku (niekiedy bardzo trudnych i złożonych) prac inżynierskich.


A co jest produktem nauki? Warto się nad tym nieco zastanowić. Znów przykłady będą dotyczyć fizyki, bo tu się czuję najpewniej. Thomson jest powszechnie uważany za odkrywcę elektronu – a przecież zarówno promienie katodowe, jak i sama nazwa „elektron” (w odniesieniu do nośnika ładunku ujemnego, a nie bursztynu) były znane wcześniej.

Dirac postulował istnienie zjawisk wyciągając wnioski z symetrii równań (słynne „Prawa fizyczne powinny być matematycznie piękne”). Czy model potencjału periodycznego sieci krystalicznej (Kronig-Penney) jest produktem, który można sprzedać? A przecież to właśnie BADANIA NAUKOWE mające na celu wyjaśnienie mechanizmów przewodnictwa w sieci krystalicznej doprowadziły do stworzenia komputerów, Internetu itp. - a więc jak najbardziej konkretnych produktów i w konsekwencji do kompletnej zmiany obrazu naszego Świata.


I tu powoli dochodzimy do tak sedna sprawy. Finansowanie badań naukowych (nie opracowywania produktów!) jest czymś podobnym jak wypełnienie kuponu totolotka. Zapewne wiele złożonych kuponów nie zakończy się wygraną – ale jeśli wygrana nastąpi to może zmienić obraz naszego Świata – przykładem jest już wspomniana elektronika ciała stałego (mniejsza o nazwę – wiadomo o co chodzi).

Ale niestety – gra w totolotka to nie jest działalność biznesowa (w przeciwieństwie do opracowywania nowych produktów na podstawie analizy potrzeb rynkowych). Poza tym – można grać długo – a wygrana (w nauce, nie w totolotku) może być wypłacona po 50, 100 a nawet 200 latach! Jaki inwestor biznesowy to wytrzyma? Jaka rada CEO zatwierdzi taki program jak JET (Joint European Torus) budowany od 1978 r., a który jest jedynie instalacją doświadczalną (choć uzyskano już ponad 16 MW oddawanej mocy z syntezy termojądrowej). A JET to przecież dopiero przymiarka do ITER, który to projekt przewidziano na 30 lat, a koszt na drobne 10 mld Euro. ITER też ma być urządzeniem badawczym – nie będzie jeszcze elektrownią, a dopiero ma posłużyć do opracowania projektu elektrowni termojądrowych – choć 500 MW projektowanej mocy cieplnej to już coś.

Ślepa uliczka? Niektórzy twierdzą, że tak. A może nie? Może ogromna szansa? A przecież zarówno JET, jak i ITER to już produkty inżynierii – i to bardzo zaawansowanej oparte o idee naukowe. Jednak już widać możliwości syntezy jądrowej wykorzystywania w praktyce. A ile lat upłynęło od prac Bethego, Weizsackera i innych? SIEDEMDZIESIĄT! Jeśli wszystko się uda – to już sto lat od przełomowych prac naukowych związanych z syntezą jądrową może doczekamy się pierwszej (ale jeszcze eksperymentalnej!) elektrowni termojądrowej. I to bez gwarancji, że w ogóle powstanie i będzie działać.


A komu i kiedy przyda się LHC? A proszę pamiętać, że to też rezultat prac inżynierskim – czyli produkt opracowany na konkretne zapotrzebowanie i o parametrach przynajmniej zbliżonych do wymaganych przez naukowców.


Jaki biznes to wytrzyma? Może ewentualnie zasponsorować – czyli po prostu przekazać jakąś kasę licząc na zyski wykreowane przez banner umieszczony na stronie internetowej – ale ci, którzy z niej korzystają mają zapewne dobrze skonfigurowany AdBlock...


Prawdziwa nauka nie jest działaniem zespołowym – inżynieria tak. Thomson miał odwagę stwierdzić - „mam nową cząstkę”. Na to trzeba indywidualnej odwagi. Rutherford kazał badać rozpraszanie w idiotycznym (wówczas) kierunku – i wykryto jądro atomowe. Ale nawet w inżynierii często rzeczywisty postęp jest dziełem jednostek – w końcu IBM wyrzucił „z roboty” twórców idei komputera osobistego za „głupie, nierealne pomysły, które nigdy nie przyniosą żadnych zysków”. Przecież gra w totolotka i liczenie na możliwe zyski z tego tytułu jest bardzo niebezpieczna dla korporacji.


I tu mamy problem. Społeczeństwo ma coraz mniejszą ochotę na finansowanie nauki. Tunele amerykańskiego Super Collidera w Teksasie zalewa powoli woda. Europa jeszcze się broni (bo ma silne tendencje zamordystyczno- socjalistyczne). Ale coraz więcej ludzi głośno krzyczy „a co my z tego mamy?”, „Po co nam jakiś LHC? - jeszcze wybuchnie!!!”.

Uczelnie? Mają dawać WIEDZĘ PRAKTYCZNĄ!!! Przydatną dla biznesu! TU I TERAZ! Chcemy wiedzieć, co kliknąć myszką! Nauczyć się obsługiwać AutoCada, konfigurować routery CISCO, instalować Windowsy!!! Oczywiście, że przekazywanie takiej wiedzy mogą z powodzeniem realizować wieloetatowcy na kilku uczelniach. W końcu do tego nie jest potrzebny kontakt ze współczesną nauką, prowadzenie własnych badań itp. A tak w zasadzie to nawet nie potrzebne jest myślenie – wystarczy dobry konspekt opracowany w oparciu o instrukcje obsługi.


Szkoły? Chcemy, aby uwzględniać dysleksję, dysgrafię, dyskalkulię itp.! Mnie tam w szkole uczono jeszcze kaligrafii (stalówka, kałamarz itp.) – wszyscy ją przeszli bez większych kłopotów... Zapewne to byłoby najlepsze lekarstwo na dysgrafię – i o wiele tańsze o powoływania specjalnych pracowni psychologicznych, przeprowadzania testów i wydawania zaświadczeń. Tabliczka mnożenia na pamięć skutecznie wyleczy z dyskalkulii.


No tak, ale mamy demokrację. A tym wspaniałym ustrojem to jest tak:


Jeśli 2 profesorów (mam na myśli prawdziwych, a nie tytularnych) przegłosuje jednego menela (który może być nawet habilitowany) to pochylą się z troską na jego potrzebami,


Jeśli 2 meneli przegłosuje profesora – to jak będzie czegoś chciał to po prostu dostanie po mordzie, żeby się zamknął, bo większość zawsze ma rację.


Otóż NIE MA. Jeśli większość miałaby rację przed samochodem nadal szedł by człowiek z czerwoną flagą, krowy pasące się przy torach kolejowych nie dawałyby mleka, a po przejeździe przez tunel pociąg byłby pełny martwych pasażerów. Tak, ale to większość zwycięża w głosowaniu.

Dlatego obawiam się, że powoli realizuje się apokaliptyczna wizja Lema z „Powrotu z gwiazd” - „Mli, mli po wiek wieków...”. Będzie oszczędniej (nie będziemy grać w totolotka) – ale za to bez szansy na wygraną (czyli rzeczywisty, a nie marketingowy postęp).


nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.021 | powered by jPORTAL 2