Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 4


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Pomysły na poprawę jakości kształcenia > Zmian nie będzie, bo niewielu ich chce
 

Waldemar Korczyński

Zmian nie będzie, bo niewielu ich chce


Artykuł o polskiej szkole w przedostatnim (nr 36 z 4 września) numerze „Wprost” napisany jest znakomicie. Tak dobrze, że Czytelnik odnieść może wrażenie, iż cały naród – pewnie razem z naszymi światłymi pedagogami – pragnie zmian i tylko siły jakieś nieczyste za hamulec złapały i trzymają go jak tonący koło ratunkowe. Tak jednak chyba nie jest.

W Polsce, jak zresztą w większości krajów świata, nie ma tzw. klimatu dla zasadniczych zmian w funkcjonowaniu szkoły. Jesteśmy „postępowi” i „nowocześni” tam, gdzie rezultaty zmian są łatwe do przewidzenia. Do ryzyka w tym przypadku raczej nie.

W zakresie tak przez Autora hołubionej indywidualizacji w podejściu do realizacji przeróżnych zadań też. We wszystkich chyba dziedzinach życia stawia się na dopasowanie narzędzi i metod do konkretnego przedmiotu podlegającego „obróbce”.

W medycynie od wielu już lat mówi się o rozmaitych „terapiach celowanych”, w stojącej po drugiej stronie (zamiast ratować życie raczej je niszczy) technice militarnej coraz modniejsze są rozmaite bronie inteligentne, których istotą jest właśnie precyzyjne dopasowanie broni do niszczonego obiektu, w fabryce majster stara się dzielić robotę według możliwości pracowników.

Takich przykładów podawać można setki. Ale nie z nauczania. Bez względu na to czy chodzi o przedszkole, podstawówkę, czy studia zawsze obowiązuje jakiś standard; minimum programowe, opisanie celów i metod ich realizacji, zalecanej (dla każdego tej samej) literatury i kupę innych równie ważnych „standardów”.

I mnóstwo ludzi bardzo dobrze z tej standaryzacji żyje. Jedni z uzyskania standardowego tytułu naukowego (porównajcie przeciętnego fizyka – teoretyka i jego kumpla po standardowym profesorstwie, np. z historii), inni z ustalania tych standardów, jeszcze inni z kontrolowania czy standardy są odpowiednio standardowo realizowane.

O efektach nawet pisać się nie chce. Te standardy ignorują właściwie wszystkie cechy nie tylko ludzi, ale właściwie każdej istoty żyjącej Nie wiem na ile różnią się od siebie dwa wirusy grypy, ale wiem, że im bardziej skomplikowany system, tym trudniej wyprodukować dwa jego „identyczne” egzemplarze.

A organizm ludzki jest bardzo skomplikowanym systemem. Jesteśmy tak różni i tak podobni zarazem, że jest nawet problem z określeniem tego, co miałoby być „istotą człowieczeństwa”. Rozwijamy się w różnym tempie, lubimy różne formy aktywności i nawet tak ważne zdolności pozorowania roboty (np. naukowej, ale nie tylko) mamy różne. Co gorsza nie da się tych różnic usunąć, bo większość z nich ma charakter genetyczny. Choć DNA mamy „takie same”, to jednak nie te same. Środowiska, w których odległość genetyczna osobników jest zbyt mała szybko się degenerują. Tego poprawić się nie da.

Czy i komu są więc potrzebne standardy nauczania? Ano wszędzie tam, gdzie chcemy człowieka nie tyle rozwijać, co przerabiać na w miarę deterministyczny automat, którego działanie jesteśmy w stanie co najmniej przewidzieć, a jeszcze lepiej kontrolować. To ma głęboki sens wszędzie tam, gdzie wymagana jest minimalizacja ilości zawahań, gdzie jest potrzebna szybkość i precyzja wykonywania dobrze określonych zadań.

Ja widzę tylko dwie takie dziedziny. Wojsko i medycynę. I w obu przypadkach myślę o osobnikach niezbyt wysokiego szczebla. W wojsku można próbować określić to np. stopniem. W medycynie byłoby gorzej, ale wydaje mi się że zestandaryzowanie technik wykonywania niektórych zabiegów ma głęboki sens praktyczny. Z lekarzami już bym miał kłopot, bo od lekarza pogotowia wymagałbym chyba tych standardów więcej niż od klinicysty w szpitalu uniwersyteckim. Jest jeszcze jedna – chyba najważniejsza – dziedzina życia, gdzie nie można standardów przecenić. To szeroko rozumiane stosunki międzyludzkie.

Byłoby dobrze, gdyby ludzie zachowywali się tu standardowo; nie kradli, nie zabijali, nie oszukiwali, pomagali sobie wzajemnie itd., itp., itd. Ale te standardy, choć w szkole obecne, są, niestety, znacznie gorzej niż inne określone (jak wyglądają minima programowe z tzw. wychowania? A higieny?, A znajomości praw i obowiązków obywatela?), a ich realizacja bywa często przysłowiowym „Michałkiem”. Czy to nie kiepski poziom tych standardów zaowocował takim wysypem naukowych (i nie tylko naukowych) pozorantów?

Podobno bitwę pod Sadową wygrał pruski nauczyciel. Czy nie dałoby się strawestować tego powiedzenia na coś w rodzaju „uczciwego i szczęśliwego Polaka stworzył polski nauczyciel”? Na razie na pewno nie, bo ludzie tego nie chcą. Chcą by ich dzieci wygrywały w wyścigu szczurów. To jest fakt.

Przytoczone wyżej powiedzenie chcielibyśmy przerobić na stwierdzenie, iż wojnę gospodarczą wygrał polski nauczyciel. Ale to nie tak. Wojen gospodarczych nie wygrywają zdyscyplinowani i odważni żołnierze. Charakter jest w gospodarce bardzo ważny, ale tylko w aliansie z odważnym, samodzielnym myśleniem. Tu erudycja schodzi na drugi albo i dalszy plan. A tej samodzielności myślenia żadnymi standardami nie nauczymy. Raczej ją w ten sposób zabijemy. Ale nawet gdybyśmy dziś chcieli te standardy zlikwidować i postawić na szkołę „otwartą”, gdzie nauczanie uwzględniałoby indywidualne cechy ucznia, to i tak ponieślibyśmy klęskę. Może nawet byłoby gorzej niż jest.

Nie da się szybko przerobić nauczyciela z przemawiającego z wysokości swej katedry nadzorcy w starszego i bardziej doświadczonego partnera ucznia, który z nim (uczniem) rozmawia. I który może bez obawy o utratę autorytetu stwierdzić, że w wielu sprawach wie mniej niż uczeń. Ale nawet, gdyby się udało, to i tak sprawy nie rozwiążemy.

Autor artykułu we „Wprost” prawdopodobnie nigdy w szkole nie uczył. Nie wie co jest tzw. trudna młodzież i nie wie jak trudno jest trafić do chłopaka czy dziewczyny, którzy po prostu nie mają żadnych zainteresowań, które dałoby się sensownie ulokować w szkole. I w Polsce i na całym świecie rośnie procent rodzin wychowawczo niewydolnych, które nie potrafią zapewnić dziecku środowiska, które je wychowa. Bo wychowywać planowo, tak jak produkuje się np. samochody człowieka nie można. Pół biedy, gdy dziecko jest ciekawe świata. Wtedy takim surogatem rodziny może stać się inne środowisko, bo z upływem lat przebywamy w nim więcej niż w rodzinie. Jeśli jednak tej – zwykle wrodzonej – ciekawości brak, to wiele zrobić się nie da. I trzeba to jasno powiedzieć. Bajanie – bardzo piękne – o „tabula raza” jest właśnie jednym z głównych argumentów zwolenników rozmaitych standardów, które jawią się jako panaceum na wyrównywanie różnic genetycznych. Wiem, że brzmi to fatalnie.

Ale dzisiejsza rzeczywistość szkolna jest jeszcze gorsza. I wbrew sugestii Autora nie tylko w Polsce. Szkoła ma z natury rzeczy ograniczone możliwości wychowawcze. Wychowuje nas środowisko. I to szkolne, i ulica (dawniej mówiło się podwórko) i rodzina. I każdy z nas jest w różnym stopniu poddatny na wpływ każdego z tych środowisk. Tu brak jest jakiejś organizacji, która umiałaby toto jakoś zebrać do kupy. Nie na zasadzie tworzenia fikcji kolejnych standardów realizowanych przez jakąś centralna organizację, ale raczej na zasadzie pracy rozproszonej. Trochę podobnie do Al Kaidy. Tzw. streetworkerzy to chyba krok w dobrym kierunku.

Ale wracając do tematu. Jak na warunki swego funkcjonowania nasze szkoły nie są złe. Na pewno nie są efektywne ani jako uczelnie (tzn. kiepsko uczą) ani jako wychowawcy (jeśli określenie to ma jeszcze w tym przypadku jakikolwiek sens). Ale lepsze być nie mogą, To wymagałoby zmiany paradygmatu w którym funkcjonują. A na to nikt nie jest gotowy.

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.056 | powered by jPORTAL 2