Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 3


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Varia > A może by tak ustalić o czym właściwie gadamy?
 

Waldemar Korczyński


A może by tak ustalić o czym właściwie gadamy?


Alles, was kann man sagen,

kann man klar sagen

Niejaki Wittgenstein, Ludwig


Od czasu wynalezienia podatków ludzie interesowali się sposobem wydawania uzyskanych w ten sposób środków. Zawsze i wszędzie. Z wyjątkiem nauki w krajach ludowej demokracji. Aby sensownie artykułować pytania o los uzyskanej z podatków forsy, trzeba mieć jakąś „aksjologię”, która podpowie czy pieniądze idą w złym, czy w dobrym kierunku. W polityce i gospodarce za aksjologię robią zwykle jakieś zbitki religii i tzw. doświadczenia życiowego.

W dziedzinach w jakimś sensie „węższych” ludzie starają się wypracować nie tylko hierarchie wartości, ale również pewien zespół bazujących na nich norm, które próbują zazwyczaj kodyfikować obowiązujące prawo. Prawo jest tym lepsze, im jest tym normom lub bezpośrednio wartościom bliższe. W prawie regulującym przepływ forsy w nauce polskiej (światowej chyba też) ja tego związku z normami ani wartościami nie widzę. Jest chyba nawet gorzej, bo ja nie widzę aksjologicznej bazy dla wspomnianych norm (oddzielam tu normy od aksjologii podobnie jak np. Konstytucję od Dekalogu).

W żadnym ze znanych mi naukowych kodeksów etycznych nie znalazłem próby określenia czym nauka jest, tzn. za co naukowcom płacą. Nie ma tego też w żadnym ze znanych mi aktów prawnych regulujących funkcjonowanie nauki. Wygląda więc na to, że prawo to zawieszone jest w pewnej próżni. Nie jest to, oczywiście, przypadek jedyny. Podobnie funkcjonują np. przepisy regulujące grę w golfa lub palanta. Kłopot w tym, że honoraria graczy („wygrane”) w tych ostatnich fundowane są przez zainteresowanych z ich własnej kieszeni. I dobrowolnie.

W nauce płaci podatnik. Na ogół pod przymusem. Jest jeszcze jedna różnica. Gracze „awansują” według jasnych, łatwo sprawdzalnych reguł, które pozwalają dość szybko wyłapać niekompetentnych sędziów. Wiadomo powszechnie jakie taki sędzia winien mieć kwalifikacje i można relatywnie łatwo sprawdzić czy je rzeczywiście ma.

O kwalifikacjach etycznych mówić w tym przypadku nie będziemy, bo są granice robienia sobie jaj, ale kwalifikacje fachowe sprawdzać się daje. W polskiej nauce kwalifikacje sędziowskie (poprawność oceniania) przypisane są do stopni i tzw. pozycji w nauce. Tak więc np. ja znam osobiście co najmniej kilkunastu ludzi, którzy z racji posiadania habilitacji i tytułu profesora mogliby oceniać wielu nieutytułowanych noblistów.

Ja się nie czepiam. Rozumiem, że oceniający nie musi być czynnym fachowcem w recenzowanej przez siebie dziedzinie. Tak jest np. w przypadku kibiców na stadionach czy recenzentów filmowych. To jest jasne i powszechnie akceptowane. Rzecz w tym, by ktoś to jasno powiedział.

W nauce – na ile ja zrozumiałem – przyjęto, że oceniający nie może być „gorszy” (by nie powiedzieć „głupszy”) od ocenianego w dziedzinie, której ocena dotyczy. Ja przynajmniej nie słyszałem, o żadnej finansowo wiążącej ocenie np. fizyka przez naukoznawcę. Jeśli się mylę, proszę o sprostowanie.

Ocena pośrednia poprzez ilość i „jakość” publikacji na pewno jakimś wyjściem jest. Jest to nawet podobne do oceny kwalifikacji sędziego poprzez ilość prowadzonych meczów i jakość sędziowania. Gdyby jednak sędzia taki ubiegał się o stricte sportowe stypendium, to pewnie większość kibiców uznałaby to za skandal. Tu liczy się ilość goli, a nie jakość sędziowania czy okrzyki na boisku.

A dokładnie taką sytuację mamy w nauce. Dobrych rozwiązań – jak chyba we wszystkich ważnych kwestiach – nie ma. Ludzie uczeni wykombinują tu pewnie jakieś twierdzenie limitacyjne, ale nie zmieni to faktu, że to, co mamy jest fatalne i w wielu przypadkach ociera się o zwykłe oszustwo.

Nie mając ambicji kompleksowej naprawy sytuacji pozwalam sobie zauważyć, że na dziś wiele można poprawić bardzo prostym sposobem. Wystarczy zamiast – czy może obok – tzw. oceny bibliometrycznej zażądać od oceniających (przypominam, że chodzi wyłącznie o oceny finansowo wiążące) jasnego i wymaganego przecież ustawą opisania co też oni takiego w nauce dokonali. Aby móc to ocenić potrzebna jest właśnie wspomniana wyżej aksjologia. Ponieważ nauka jest – ze swej istoty – najbardziej chyba prymitywną dziedziną życia (będąca językiem wielu nauk matematyka używa tak naprawdę tylko kilku wzajemnie niedefiniowalnych orzeczeń), więc można ograniczyć się do jakiejś w miarę prostej definicji pojęcia osiągnięcia naukowego.

I dalej pójdzie już gładko. Ci co osiągnięcia mają oceniać mogą, ci co nie maja nie. Nie musi się to wiązać z żadnymi sankcjami finansowymi. Ja myślę nawet, że tym, którzy prawo oceniania stracą można by wypłacać jaką specjalną premię i żadnych innych uprawnień ich nie pozbawiać, bo np. inna próba ruszenia tzw. minimów kadrowych wywoła odruch obronny porównywalny z „obroną socjalizmu jak niepodległości Polski”. A przecież nie chodzi o rewolucję, ale o pilnowanie forsy. Każda definicja osiągnięcia naukowego budzić będzie kontrowersje i sprzeciw wielu uczonych. Nie wiem jak je rozstrzygnąć. Być może dobrym pomysłem byłaby jakaś postać referendum. Ja pozwolę sobie zaproponować następujące zapisy.


A. Przez osiągniecie naukowe rozumie się wykazanie jakiejkolwiek prawidłowości lub zauważenie cechy jednostkowego obiektu, procesu lub wydarzenia. Prawidłowość taka lub zauważona własność winna być jasno wyartykułowana w języku właściwym dla dziedziny wiedzy, do której osiągnięcie zostało przypisane. Osiągnięciem naukowym nie jest opis relacjonujący wydarzenia ani opis obiektu polegający na wymienieniu takich jego cech, o których z dużym prawdopodobieństwem orzec można, iż mogłyby by być dostrzeżone przez osobę nie należącą do specjalistów w dziedzinie do której przypisano osiągnięcie.


Określenie to nie pretenduje ani do dokładności ani do obiektywizmu i dziedziczy większość wad innych znanych definicji. Nie jest dokładne, bo odwołuje się do nieprecyzyjnie określonych pojęć (np. dziedzina wiedzy). Jest też subiektywne, bo odwołuje się do „specjalistów w dziedzinie do której przypisano osiągnięcie”. Tu można przyjąć za specjalistów wszystkich, którzy dziś w takiej dziedzinie brylują. Tak dla świętego spokoju i jako konieczny przecież warunek początkowy. Ale musieliby (por. zapis niżej) sami o sobie napisać, co też w nauce osiągnęli.

Jeszcze bardziej subiektywna jest występująca w tym określeniu ocena „dużego prawdopodobieństwa”. Ma ta definicja jeszcze mnóstwo innych wad. Na pewno potrafią Państwo zaproponować lepszą. Rzecz w tym, by zawierała ona jakieś kryterium „pozytywne” (tu „wykazanie jakiejkolwiek prawidłowości lub zauważenie cechy”) i negatywne (tu „opis relacjonujący wydarzenia ani opis obiektu polegający na wymienieniu takich jego cech, o których z dużym prawdopodobieństwem orzec można ...”). Chodzi o to, by określenie takie umożliwiało przynajmniej sensowną dyskusję o tym, czy konkretne dokonanie jest czy nie jest osiągnięciem naukowym. Stosowny zapis uprawnień mógłby mieć wówczas np. taką postać.


B. Do oceny wszelkiej działalności naukowej, w szczególności grantów, dorobku naukowego, instytucji prowadzących prace naukowe oraz uczelni wyższych uprawnione są wyłącznie osoby, które wykazały się konkretnymi osiągnięciami naukowymi w sensie podanego wyżej określenia. Opis osiągnięcia formułuje osoba ubiegająca się o uprawnienia lub jakikolwiek inny specjalista w dziedzinie, do której osiągniecie przypisano. Osiągnięcie to winno być jawne i dostępne w polskich instytucjach naukowych lub w Internecie.


Nie twierdzę, że ten – prosty w końcu i bezkosztowy – zabieg uzdrowi polska naukę. Wprowadzenie go w życie skutkować by mogło m.in. pojawieniem się zupełnie nowej klasy uczonych, którzy opisywaliby np. rodzaj spojrzeń niektórych luminarzy nauki na projekty reformowania nauki w Polsce. Tak być może. Ale jak nie może być znacznie lepiej, to może powinno być znacznie śmieszniej. Np. przy czytaniu o obowiązkowo ujawnianych osiągnięciach jakichś tytanów myśli naukowej.


PS. Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie wczorajsza rocznica urodzin Adolfa Hitlera, który obiecywał, że rozmaitych, nie podzielających jego poglądów, podludzi sprowadzi do właściwych dla nich miejsc. Jego kumpel po ideologii (o kolorach rozmawiać mi się nie chce), niejaki Stalin, obiecywał wszystkim ludziom szczęście. I traktował ich podobnie jak Hitler. Obaj panowie byli zwolennikami ostrych, niekiedy wręcz „mierzalnych”, podziałów i jasnej hierarchii. To był ten właściwy dla dobrego i sprawiedliwego funkcjonowania społeczeństwa porządek społeczny. A ludzie mówili o nich tyle złych rzeczy. Dlaczego?

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.031 | powered by jPORTAL 2