Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Darmowy program a...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 3


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Varia > Nikt nas nie wyręczy

 Waldemar Korczyński

Nikt nas nie wyręczy


Nowe przysłowie Polak sobie kupi. Że tak po szkodzie jak przed szkodą głupi”. Pamiętacie Państwo naszego Poetę? To było kilkaset lat temu. Dziś przypominają ten wiersz polskie rzeki.

Nie warto chyba strzępić sobie gęby gadaniem o zaniedbaniach tych czy innych władz. Szlag człowieka trafia gdy w telewizji, prasie czy radiu ciągle słyszy, że winni są jacyś „oni”. Ci oni zmieniają się w zależności od tego, kto o klęsce mówi. Podobnie było trzynaście lat temu. Też winni byli „oni”.

Zmieniają się rządy, partie polityczne, szefowie resortów i nawet zarządy mediów. Nie zmienia się tylko nasze oczekiwanie, że ktoś coś za nas zrobi. Że wybierani przez nas kolejni władcy Polski będą bardziej zainteresowani dobrem współobywateli niż zatrzymaniem swych stołków i przywilejów.

Bóg jeden wie skąd się to przekonanie bierze, bo w prywatnych rozmowach o naszych rodakach dominuje pogląd, że jesteśmy niesolidni i egoistyczni, a solidarnościowe zrywy, to krótkie epizody wygenerowane przez wyjątkowe sytuacje; wojny, klęski żywiołowe, śmierć znanych osób itp..

W okresach spokoju naszej społecznej egzystencji każdy okrywające Najjaśniejszą sukno ciągnie w swoja stronę i wspaniałe szaty Rzeczypospolitej na zbiór szmat przerabia. Nie tylko dla dorabiania się. Również dla zaspokajania przeróżnych mniejszych i większych (na ogół mniejszych) ambicyjek; a to sąsiada „uwalić”, a to osobę swoją wyłudzonym jakoś honorem wywyższyć, a to pokazać motłochowi, kto jest ważny, a to w końcu o swój stołek zadbać i swą – nawet niską – pozycję zabetonować.

A działania zapobiegające takim jak powódź klęskom podejmowane być muszą również, a może nawet właśnie w okresach, gdy „nic się nie dzieje” (wiem, że zabrzmi to głupio, ale taki jest charakter wszelkich działań „długodystansowych”). Potrzebna jest po prostu pewna konsekwencja. To, oczywiście, truizm; wszyscy to mówią od lat i nic się nie dzieje. I dziać się nie będzie póki oczekiwać będziemy, że jakiekolwiek władze zrobią to za nas.

Dotyczy to wszystkich dziedzin życia; również nauki i szkolnictwa wyższego. Decyzje o zasadniczych zmianach będą w każdej grupie społecznej niepopularne. W tej sytuacji rządzący musi świadomie godzić się na bardzo realne zagrożenie utratą partycypowania w sprawowaniu władzy; przywilejów, zaszczytów i bezpieczeństwa finansowego. Musi być pewnego rodzaju „bohaterem” gotowym ponieść ofiarę w imię jakichś idei. Wymaga to „pójścia pod prąd”; na niższych poziomach władzy zwykle zanegowania utrwalonych autorytetów.

Bardzo dobrze – choć o innym poziomie zagrożenia – pisze o tym Philip Zimbardo w wydanej kilka miesięcy temu książce „Efekt Lucyfera”.

Bohaterowie są wyjątkami. I – wbrew utartym poglądom – wcale nie „mają dobrze”. Przeciętny człowiek w sytuacji zagrożenia, czy tylko nacisku autorytetów, reaguje inaczej. Najczęściej tym autorytetom ulega. Doskonałym przykładem był powtórzony niedawno przez francuską telewizję eksperyment Milgrama, w którym ludzie porażali prądem zupełnie sobie nieznanych „nieudaczników”, dlatego tylko, że ci ostatni nie czynili dostatecznie dużych „postępów w nauce”. I robili to ludzie „uczciwi” i „sprawiedliwi”. Tylko niewielu zastrajkowało i odmówiło wykonania polecenia. Mimo, że nic nikomu z tytułu odmowy nękania „uczniów” nie groziło. To „bohaterstwo” nic nie kosztowało.

Wspomniane eksperymenty nie są, być może, powszechnie znane, ale działanie autorytetów – mimo, że rzadko tak jasno artykułowane – znane jest powszechnie. Nieważne, czy nazwiemy to społeczną inercją, tradycją, zacofaniem społecznym (por. znakomity portret w „Konopielce”) czy też wykombinujemy jakąś nowa nazwę. To jest. Widać to dobitnie po ilości rezygnacji ze stanowisk kierowniczych czy tylko „reprezentacyjnych”. Przeciętny „człowiek władzy” szuka winnych wśród wspomnianych wyżej „onych”.

W nauce „oni”, to zazwyczaj ci, których głosu w mediach,  ani prasie nie słychać. A jeśli już coś mówią, to mało kto bierze to poważnie, bo to przecież „niesamodzielni”, których pierwszą powinnością jest słuchać ludzi utytułowanych. Wiemy to wszyscy z autopsji. I nie to jest naszym problemem. Kłopot w tym, że wiedząc o tym powtarzamy kolejny raz tę samą komedię.

Dyskutujemy „nowe” propozycje i wybieramy „nowych” ludzi, którzy okazują się tak samo pożytecznymi jak ich poprzednicy. I zamiast patrzeć im na ręce, a co najmniej przypominać, że taka np. powódź czy zapaść nauki może się powtórzyć wierzymy, że właśnie oni, ci nasi nowi wybrańcy załatwią rzecz za nas. Wierzymy w ich „oddanie sprawie”, gotowość do poświęcenia własnej pozycji, odwagę, nieskazitelność i podobnie górnolotnie brzmiące, ale puste określenia. Może warto w końcu zrozumieć, że ten wizerunek nie jest prawdziwy (nb. ilu z nas, tak uczciwie, uznałoby siebie za zdolnych do rezygnacji z jakichś dóbr czy przywilejów „dla dobra wspólnego”?) i zamiast władzy wierzyć zacząć ją realnie kontrolować?

Demokracja przedstawicielska ma swoje naturalne ograniczenia. Wspomniane wyżej nie są ani jedynymi, ani najważniejszymi. Najważniejszym jest to, że demokracja bez demokratów nie istnieje.

PS. Tekst ten jest niewielką modyfikacją innego mojego artykułu, który traktuje o tym samym, ale odnosi się bardziej do powodzi niż problemów nauki czy szkolnictwa wyższego. Mam jednak wrażenie, że społeczeństwo jest w jakimś sensie „fraktalne” i problemy „ogólne” mają widoczne przełożenia na te bardziej szczegółowe i że tego olać się nie da. Ostatnie zdanie tego tekstu w wersji „lokalnej” mogłoby chyba mieć taki sens, że bez zainteresowanych zmianami, zmian po prostu nie będzie.

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.023 | powered by jPORTAL 2