Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Darmowy program a...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 3


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Varia > A może by tak te reformy olać?
 

Waldemar Korczyński


A może by tak te reformy olać?


Język a poznanie.


W zbiorze tekstów pod takim tytułem Ajdukiewicz opisywał kiedyś raczej abstrakcyjne własności języka współczesnej Mu nauki. Nie odnosił tego praktycznie w ogóle do wpływu języka ma motywację ludzi do podejmowania działań. Związki języka z tym, o czym się rozmawia wydają się jednak być jednym z zasadniczych elementów kształtujących nasz obraz świata i możliwości jego zmieniania.


Na pograniczu językoznawstwa i psychologii rozważane są relacje między akcentowaniem w języku relacji wielo (czasowniki) i zero (rzeczowniki) argumentowych, a pojmowaniem rozmaitych typów pojęć. Logicy od lat piszą o ograniczeniach stosowanego przez siebie języka opisu świata, a ludzie zajmujący się problematyka tzw. marginesu społecznego czy różnych subkultur opisują ciekawe przypadki dogadywania się w językach, które wydają się być zbyt ubogie, by można było w nich cokolwiek sensownego wyartykułować. Jest też spora klasa języków, które są tak „bogate”, że umożliwiają bardzo dokładne „owijanie wełny w bawełnę”. Mam wrażenie, że takim właśnie językiem mówimy o polskiej nauce i szkolnictwie wyższym.


Za co ludziom płacą?


Ano, różnie z tym bywa. Jednym, np. szewcom za rezultaty ich pracy, innym za wzbudzane w ludziach emocje lub nadzieje (celebrytom, błaznom, politykom, sportowcom czy monarchom), jeszcze innym za gotowość do podjęcia ryzyka (żołnierzom, policajom), za powierzony kapitał (rentierom, emerytom), a bywają i tacy, co na wypłatę nie czekają, tylko biorą ile im akurat potrzeba (przykłady nie są tu chyba potrzebne?).


Wygląda na to, że przeciętny uczony nie należy do żadnej z wymienionych kategorii. Nie bierze forsy za konkretne rezultaty, bo ponad 90% prac naukowych nie jest „istotnych”, a pewnie z 50% nie jest w ogóle czytanych. Jeśli już uczony jakieś rezultaty ma, to każe sobie za nie na ogół płacić ekstra (granty, nagrody, badania takie-i-owakie itp.). Emocji to to naukowe „szkiełko i oko” raczej u kmiotów nie budzi (może takie centra jak „Kopernik” coś tu zmienią?), od podejmowania ryzyka uczeni są daleko, z renty bankowej żyć nie chcą, a jak już coś przekręcą, to sami na ogół (bywają chlubne wyjątki, por. np. książka „Nauka skorumpowana”) mało z tego mają.


No to, za co w końcu tym uczonym płacą? Częściowo, oczywiście, za dydaktykę. Ale niektórzy mają tej dydaktyki mało, a forsy (jak na nasze warunki) dużo. Ja, czytając wypowiedzi rozmaitych ludzi zamieszanych w tzw. naukę dochodzę do wniosku, że uczonym płaci się za posiadanie kwalifikacji.


Nie chodzi tu, Boże uchowaj, o jakieś tych kwalifikacji używanie (por. szewc), ale o ich posiadanie, co należy dokumentować uzyskiwaniem tzw. punktów. Nikt dokładnie nie wie jaką te punkty mają wartość, ale życie naukowca polega właśnie na takim naukowym fedrunku, by urobek tych punktów był możliwie duży. Są też na forum NFA wypowiedzi, które explicite stwierdzają, że „należy mi się, bo jestem mądrzejszy” (od np. nauczyciela). Ale to też nie jest tak do końca prawdą.


Znam wielu uczonych, których dorobek jest normalnie niedostrzegalny, a którzy zarabiają znacznie więcej niż ich wypunktowani koledzy. Dumałem długo i wyszło mi, że biorą oni forsę za wrażenie. Nie żeby coś komuś wrażali, ale za przekonywanie tzw. ludu o swojej nadzwyczajnej wartości. Wskazywanych przez niektórych malkontentów „układów” poważnie traktować nie można, bo każdy przecież wie, że uczony rano, w południe i przed snem kodeksy różniste etyczne jak mantrę powtarza i w żadne nieetyczne „układy” nie wchodzi.


Tak więc naukowcom płaci się za wysokie (ale zazwyczaj tylko potencjalnie, bo korzyści na ogół nie widać) kwalifikacje i „dobre wrażenie”. Jeśli ktoś z Państwa ma lepsze pomysły, będę wdzięczny za uzupełnienie tej, niezbyt długiej, listy.


Język a rzeczywistość.


Po co o tym piszę? Otóż ostatnio sporo pisze się o rozmaitych pomysłach na reformowanie polskiej (czy tylko nasza potrzebuje reform?) nauki. Ja w reformowanie nauki przez naukowców nie wierzę. Niekompletną i nieuporząkowaną argumentację przedstawiłem w tekście „Ile jeszcze reform wytrzyma polska nauka?”.


W kilku ostatnich numerach „Forum Akademickiego” znalazłem wypowiedzi ludzi, których podejrzewać można (to nie jest pejoratywne; wiem, że nie brzmi to najlepiej, ale w obecnej sytuacji jest to chyba najbardziej adekwatne określenie) o rzeczywiste chęci naprawiania spraw istotnych, a nie tylko kosmetyki. Równo wszystkie mają podstawową wspólną cechę. Pisane są tak, by proponowane, a prowadzące do jakiegoś obniżenia poziomu życia czy choćby tylko samopoczucia co większych uczonych, zmiany osładzać natychmiast lukrem komplementów, obietnic czy współczucia.


Nie chcę przytaczać wszystkich przykładów, ale ostatnio trochę poruszył mnie tekst prof. Żylicza „Nie bójmy się zmian” (FA, 10/2010). Osobiście Autora nie znam, ale słuchałem kilku Jego wystąpień i czytałem niektóre wypowiedzi. Myślę, że pod większością proponowanych rozwiązań (choćby widzianych jako początek drogi) podpisałoby się wielu z Państwa. Również pod propozycjami ze wspomnianego artykułu. Nie jestem już taki pewny, czy zgodziliby się Państwo z niektórymi stwierdzeniami, które ja widzę jako wspomniany lukier.


Profesor Żylicz pisze np. o „skandalicznie niskich” emeryturach jako przyczynie, dla której profesorowie pracują do bardzo niekiedy późnego wieku. Według mojej wiedzy profesorowie mają na ogół maksymalne stawki emerytur. Dla przypomnienia; średnia PŁACA (nie emerytura!) w Polsce, to ok. 3500 PLN, a mediana jest chyba ze dwie stówy mniejsza. Ja znam osobę, która ma emeryturę minimalną. Czy mam przypominać ile to jest? A moja krewna (I grupa inwalidztwa i ciężkie schorzenia) ma netto ok. 1500 PLN. Wśród znanych mi profesorów – emerytów nie potrafiłbym wskazać więcej niż 10 – 15 procent osobników, którzy dali społeczeństwu więcej niż ta pani.


Czy prof. Żylicz ma informacje o rzeczywistym poziomie profesorskich emerytur? Gdzie można o tym przeczytać? Ale być może problem leży w nieadekwatności tych emerytur do wkładu szanownych profesorów we wzrost poziomu naszego życia? To ja proponuję taką zabawę; prof. Żylicz będzie mi w Kielcach pokazywał takich „pokrzywdzonych”, a ja na każdego z nich pokażę dwóch pobierających „skandalicznie wysokie” emerytury lub pensje. I ja potrafię to uzasadnić. Stosując kryteria oficjalnie w tzw. nauce (np. przy ocenie minimów kadrowych) akceptowane.


Bardzo ciekawy jest cytowany za "Starym Zgredem" problem profesora zarabiającego mniej niż jego zdolny podwładny. Ktoś złośliwy rzekłby pewnie, że problem jest wydumany, bo wiadomo powszechnie, że etos pracownika nauki coś takiego wyklucza. Jest to niemożliwe również dlatego, że będąca naczelną motywacją podejmowania tak niestabilnej (por. ustawowe i "statutowe" uregulowania sytuacji profesora w uczelni) i nisko opłacanej (por. stosunek płacy profesora - zob. np. artykuł "Ile zarabia profesor" w FA z grudnia 2009 - do średniej) pracy pasja poznawcza uniemożliwia, by żyjący nauką, a nie umiłowaniem mamony profesor takie duperelne fakty zauważał.


Nie bądźmy jednak złośliwi i przypomnijmy, że płacimy przecież nie za rezultaty, ale za (głównie niezrealizowane) możliwości ich uzyskania. Ja otóż nie znam sytuacji, gdzie np. adiunkt ma pobory wyższe niż profesor. Wygląda więc na to, że niezależnie od wkładu pracy obu panów jest oburzające (jeśli nie, to po co o tym pisać?) gdy ten pierwszy zarabia więcej. Nawet gdyby harował 12 godzin na dobę, a profesor miałby „gołe” pensum (bywa, że 120 godzin dydaktycznych rocznie i jedna, dwie lokalne publikacje). Już sam fakt dostrzeżenia tego problemu jest symptomatyczny.


Takich ciekawostek jest w tym – naprawdę znakomitym – tekście więcej. Ja rozumiem, że ludzie nauki mają często wyczerpujące psychicznie ścieżki kariery i są potem nadwrażliwi. Nie wydaje mi się, by np. język Tuwima („Bal w operze”) był odpowiedni do rozmów o problemach tego środowiska, ale w takich stwierdzeniach pobrzmiewa nutka przesadnej uprzejmości. Nie tylko w tym artykule.


Czy da się inaczej?


Otóż chyba nie. Ja od kilku lat czytuję rozmaite wypowiedzi mniejszych i większych naukowców i we wszystkich znajduję to samo mocne przekonanie o jakiejś mitycznej wartości i użyteczności tych osobników dla ludzkości. Taka, znacznie zawyżona, samoocena zawieszona bardzo blisko megalomanii. Przez długi czas myślałem, że większość, to zwyczajni cwaniacy, którzy na, prymitywnym zwykle, udawaniu większych niż rzeczywiście są wygodnie jadą po kasę. Dziś podejrzewam, że spora część uczonych w swą wielkość wierzy.


Nie czas tu ani miejsce by się z tego nabijać, ale warto zauważyć, że również ci, którzy (np. na forum NFA) bardzo krytycznie oceniają naukową wierchuszkę na ogół nie domagają się pieniędzy za naukowe wyniki, ale żądają ponadprzeciętnie wysokiej urawniłowki. I jakkolwiek by krytycznie o sytuacji w nauce pisali nie domagają się sprowadzania bujających w chmurach wyobrażeń o roli nauki do parteru jej rzeczywistych aplikacji. Nie wiem skąd się to bierze (to chyba dobre pytanie do psychologii?), ale tak właśnie jest.


A smutna rzeczywistość jest taka, że tzw. nauka nie dostrzegłaby nawet utraty tak z 70% swych prominentów. Ale sieć przeróżnych układów, chory feudalizm, a nade wszystko porąbana tradycja wygenerowały taki sposób rozmawiania o sprawach nauki, który praktycznie uniemożliwia jakiekolwiek istotne zmiany.


Jedną z konsekwencji są chore sposoby oceniania ludzi, a głownie jednostek nauki i SW; wszystko ocenia się pośrednio. Od lat wiadomo, że wartość informacyjna stopni i tytułów dramatycznie spada, ale wszelkie oceny zawsze jakieś „utytułowanie” uwzględniają. Również w SW, gdzie chodzi przecież głównie o interpersonalne relacje „nauczyciel – uczeń”, kiedy to duża różnica poziomu obu tych osób bardziej przeszkadza niż pomaga.


Aby było weselej informacje o rzeczywistym „poziomie” naszej naukowej elity chronione są lepiej niż wiele ważnych tajemnic Państwa. Proszę pokazać mi jakiś wykaz dokonań naszych uczonych. Nie wykaz uzyskanych stopni, tytułów (w tym „honorowych”), wyróżnień, cytowań itp., ale wykaz tego, co rzeczywiście zrobili. Bez tego nie potrafię odróżnić ich od hochsztaplerów lub tanich celebrytów.


Wykaz taki zmieniłby istotnie język dyskusji o nauce, bo wielu ludziom trudniej byłoby bredzić o naukowych osiągnięciach. Ale ten wykaz nie powstanie. Powstaną za to kolejne regulacje, które za kilka lat trzeba będzie zmieniać, bo żaden budżet nie zdzierży utrzymywania takiej armii wysoko opłacanych nierobów.


Generalnie, to wydaje mi się, że za dużo mamy w tzw. nauce regulacji, a za mało nauki właśnie. Rozumiem, że uprawianie nauki stało się zawodem i niewiele (i na ogół na niekorzyść) różni się dziś np. od zawodu szewca, ale czy powszechna akceptacja tego faktu nie szkodzi tej "nauce" bardziej niż pomaga? Ten system potrzebuje raczej deregulacji niż nowych uregulowań, programów, systemów grantów itp.


Może ktoś by w końcu policzył ile kosztuje "rezultat naukowy" dziś, a ile kosztował sto lat temu. A jeśli władza uważa, że policzyć się tego nie da, to może odpowie na pytanie jak liczy dziś ile (i dlaczego) się komu w tej nauce forsy należy. Bez jasnej sytuacji w tym akurat miejscu rozmowa o ew. zmianach staje się nie do końca poważna.


Niekiedy dobrze pisał o tym człowiek podpisujący się tu (w NFA) jako "prof. Józef Beton". Nie potrafię zacytować żadnej konkretnej jego wypowiedzi, ale mam wrażenie, że dość trafnie opisywał te - rzeczywiście w dużej mierze psychologiczne - problemy nauki i SW w Polsce. Powyższe uwagi nie są w żadnym wypadku krytyką Autora artykułu, którego akurat wysoko cenię, ale raczej smętnym stwierdzeniem faktu, iż o sprawach dla nauki ważnych dyskutować należy z taka delikatnością, która w zasadzie wyklucza merytoryczna rozmowę o tym, co jest naprawdę pilne. Rene Thom miał podobno powiedzieć, że "ścisłość wyklucza znaczenie". Nie chciałbym odnosić tego do dyskursu o naprawie polskiej nauki i SW, ale porównania (również te dualne) nasuwają się same.



Co realnie można próbować zrobić?


Wydaje mi się, że wszelkie propozycje zmian, które naruszają finansowy i „układowy” status quo naszej nauki skazane są na klęskę. Mam zresztą wrażenie, że przynajmniej niektórzy z reformatorów też to dostrzegają. Najlepiej byłoby pewnie uczciwie to powiedzieć, np. stwierdzić odkreślamy przeszłość grubą kreską, zachowujemy wszelkie apanaże, przywileje itp., ale od dziś robimy wszystko „na nowo”. Z pełną jawnością.


Wszelkie półśrodki, wprowadzanie tej grubej kreski tylnymi drzwiami, nie mają sensu, bo zachowanie przez obecna elitę oprócz apanaży również władzy doprowadzi – szczególnie na prowincji – do nowych patologii. I znów nie będzie winnych. Takie uczciwe oddzielenie tego co było od tego co ma być byłoby społecznie bardzo trudne. Byłoby to np. włożeniem wszystkich – w tym i tych rzeczywiście dobrych – do jednego worka pod tytułem „naukowy balast” i generowałoby wiele problemów etycznych. Spory byłby też koszt takiego przedsięwzięcia.


W moim odczuciu reformę nauki i SW powinno się „olać”. Zamiast tego zainteresowani (w tym i Państwo nasze kochane) mogliby spróbować stworzyć jakąś mniej sformalizowaną alternatywę. Dla nauki alternatywą taką staje się powoli Internet, gdzie powstają portale typu „Research gate”. Nie zastąpi to, oczywiście, laboratoriów, ale i tu coś się na lepsze zmienia, bo w różnych miejscach powstają np. parki naukowo - technologiczne.


Państwo mogłoby wymusić otworzenie tych ośrodków również dla ludzi spoza oficjalnej nauki i takie ich doposażenie, by mogły stanowić doskonałe miejsce fajnej zabawy w naukę dla tych, którzy to rzeczywiście lubią. O korzyściach wynikających z możliwości kształtowania całości od podstaw nie warto chyba nawet wspominać. Jest ich mnóstwo. Ja pozwolę sobie wymienić tylko dwie; oszczędności na etatach pozorantów i wymuszenie całkowitej jawności wyników. O takich duperelach jak wyławianie talentów we właściwym wieku zamiast po habilitacji pisać nawet nie wypada. Na sensowne rozwijanie tych ośrodków równolegle z finansowaniem naszego przodującego SW forsy nie wystarczy. Najgorsze co można dziś zrobić, to powierzenie rozwoju takich parków sprawdzonej w przejadaniu publicznego grosza kadrze „utajniaczy” i „stróżów naukowego etosu”. A cos mi się widzi, ze tak stać się może.


Moje usprawiedliwienie


Nie chciałbym, by tekst ten był odczytywany jako mój pogląd, iż nasza nauka i SW, to totalne dno. Ja tak nie uważam i wielokrotnie dawałem temu wyraz. Nasi studenci zdobywają nagrody za znakomicie napisane programy i zbudowane konstrukcje, naukowcy odkrywają naprawdę ciekawe i ważne fakty, a wielu ludzi nauki wspomniane w tym tekście problemy dostrzega. Rzecz jednak w tym, że zbyt częsta jest postawa opisanego przez Kruczkowskiego w „Niemcach” profesora Sonnenbrucha. I to jest ta łyżka dziegdziu, która psuje smak beczki miodu nadziei na jakąkolwiek realną poprawę.

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.028 | powered by jPORTAL 2