Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 10


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Varia > Ołowiane żołnierzyki
 

Ołowiane żołnierzyki

willyhennig”

Przez szereg lat byłem członkiem Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci, doszedłem tam do statusu stypendysty. Gdy szkoła średnia się skończyła, trzeba było gdzieś pójść na studia. Wybór nie przypadkowo padł na UW. Sądziłem, że znając teren, nie będę mieć większych problemów, adaptacja nie będzie taka trudna. Nawet sobie nie wyobrażałem, jak bardzo wtedy się myliłem.

Od kiedy pamiętam interesuję się naukami biologicznymi, a w szczególności zoologią. W młodości eksperymentowałem z różnymi jej działami, czytając różne książki i publikacje, przeprowadzając samemu obserwacje terenowe i doświadczenia. Ostatecznie jednak wyklarowałem się jako osoba chcąca zajmować się systematyką, filogenetyką i taksonomią owadów, głównie współczesnych, choć kopalne są również obiektem moich zainteresowań. Gdy znalazłem się na UW zacząłem się rozglądać, gdzie można by takie rzeczy robić. Szybko odkryłem jeden zakład, który wtedy wydawał mi się bardzo dobry i wręcz idealny. Chodziłem tam na seminaria. Myślałem, że świetnie, no to wreszcie mogę porozmawiać o interesujących mnie zagadnieniach. Na tamtym zakładzie zastosowano wobec mnie marchewkę. Powiedziano mi, że będę mógł zrobić pracę dyplomową taką, jaka mnie interesuje. Wtedy jeszcze bardziej się zainteresowałem ich ofertą. Na początku wszystko wydawało się być przyjemne. Później zaczęły się schody. Na początku letniego semestru przyjąłem propozycję wyjazdu terenowego. Później miałem tego żałować.

Na przełomie czerwca i lipca studenci biologii, ochrony środowiska oraz chętni z MISMaP-u i MSOŚ-u jadą na wyjazd terenowy na Mazurach. Wyobrażałem sobie, że to będzie fantastyczna przygoda, którą będę wspominał do końca swoich dni. Rzeczywistość przerosła jednak wyobrażenia – i to w sensie negatywnym. Po przyjeździe byliśmy lokowani. Zapytano mnie na wejście: czy pan to ta gaduła? Od razu zacząłem coś węszyć nieciekawego, czyżby jakiś system plotek na wydziale, któż może się interesować moim życiem? Nie zwróciłem w sumie na ten sygnał wielkiej uwagi. Jednak „najlepsze” miało się wydarzyć później. Zaczęliśmy od części zoologicznej. Drugiego dnia poszliśmy rano na zbiórkę bezkręgowców lądowych. Zacząłem rozmawiać z człowiekiem do tego przydzielonym. Nie prezentowałem wielkiej wiedzy, powiem więcej, to było chyba 5% moich możliwości. Później na pracowni radziłem sobie bez problemu, wiele okazów rozpoznawałem, jeżeli nie do gatunku, to przynajmniej do rodziny. Owadów w końcu mamy kilkadziesiąt tysięcy gatunków w naszym kraju i jest rzeczą nieprawdopodobną, żeby bez wypreparowania układu rozrodczego, często nawet badań genetycznych, nie da się tego tak precyzyjnie oznaczyć. Takich rzeczy siłą rzeczy nie mogliśmy robić, stąd oznaczenia były zgrubne. Pan entomolog okazał się jednak być bardzo oschły w stosunkach ze mną. Dawało się wyczuć pewne napięcie i ewidentną niechęć. Nie wiem, może byłem dla tego człowieka okazem kuriozalnym; kto normalny w końcu interesuje się w dzisiejszych czasach zoologią? Później dokonał zadziwiającej wolty. Powiedział, że nie weźmie mnie na licencjat, żebym szedł gdzie indziej. Półtora tygodnia później miałem dowiedzieć się, że ten człowiek to w istocie zakompleksiony frustrat gnieciony i ograniczany przez szefa swojego zakładu. Widząc zatem człowieka chcącego coś działać, o którym nawet koledzy mówili, że ma wolę mocy, poczuł się – eufemistycznie mówiąc – nieswojo.

To było jednak pół biedy, czekała mnie jeszcze gorsza przeprawa (właśnie to „najlepsze”). Mieliśmy zajęcia z kręgowców. Wdałem się w dyskusję z prowadzącymi. Jak się później okazało, niepotrzebnie. Dowiedziałem się, że nadmiar wiedzy jest szkodliwy. Od razu przypomniał mi się odpowiedni ustęp Czerwonej książeczki Mao Tse Tsunga, którzy przestrzegał przed… nadmiarem czytania. Zauważyli, że jestem żywo i szeroko zainteresowany zoologią. Zawsze uważałem, że zdobywanie wiedzy jest czynem szlachetnym i godnym pochwały. Poza tym nie może być tak, że osoba zajmująca się na przykład owadami nie może mieć pojęcia o całej reszcie zwierząt. Teraz dowiedziałem się, że nadmiar wiedzy jest szkodliwy. To czego oni oczekują? Nie wiedziałem wówczas, że oni tak naprawdę chcą wąskich specjalistów znających się na bardzo drobnym wycinku, a nie ludzi o szerokiej wiedzy. Przy okazji wyjaśniło się, dlaczego zostałem „gadułą”; ponieważ wiem coś więcej, składam te wiadomości w głowie, a także staram się je postrzegać w szerszym kontekście. Czy to jest takim krańcowym złem? Szereg rzeczy wyszło później na jaw. Okazało się, że na przykład ludzie przydzieleni do pewnych grup zwierząt, niekoniecznie się nimi zajmujący, nie mieli pojęcia, o tym, co robią ich koledzy, człowiek od ryb nie znał się na ptakach i vice versa. Wtedy zauważyłem, że mam w istocie do czynienia z wąskimi specjalistami-rzemieślnikami porywającymi się na dydaktykę. Dowiedziałem się przy okazji, jak nisko zostały ocenione moje zainteresowania zoologią. Nazwano je wprost „fanaberiami”, a mnie potraktowano jako młodocianego, niedowartościowanego świra. Nakazano mi wręcz odłożyć ołowiane żołnierzyki. To nauka dziewiętnastowieczna! – stwierdzili. Powiedziano mi, że jeszcze zostanę wyprostowany, jak na nich trafię. Tak podsumowano moje zainteresowanie systematyką, taksonomią i filogenezą świata zwierząt, a zwłaszcza owadów.

Wtedy miałem wrażenie, że w swoim życiu zatoczyłem koło. Przed udaniem się na studia biologiczne byłem szorstko traktowany przez otoczenie ze względu na swoje zoologiczne pasje. Uważano w moim domu, że mężczyzna powinien iść na przykład na politechnikę, że musi utrzymać dom i rodzinę, ergo godziwie zarabiać. Gdy znalazłem się na biologii, spotkałem się natomiast z ostracyzmem ludzi mających tytuły naukowe w tej dziedzinie oraz ich pogardą. Do tego doszła zapowiedź ustalenia najniższego możliwego miejsca w hierarchii. Przyznam się szczerze – jako młody, głupi idealista byłem zdruzgotany. Nie wiedziałem, co mam myśleć. W każdym razie stwierdziłem, że na tamte zakłady nie pójdę.

Tylko jeden człowiek z kadry zoologicznej na tamtym wyjeździe był do mnie dobrze nastawiony i chwała mu za to, że nie robił problemów z wyprawami w szuwary w poszukiwaniu ciekawych okazów entomofauny. Botanicy postrzegali mnie jako pozytywnie zakręconego. Miałem zresztą z nimi bardzo dobry kontakt. Jeden człowiek z kadry botanicznej, którego znałem wcześniej, odbył ze mną szczerą rozmowę. Powiedział wprost, że ze swoimi zainteresowaniami nie mam czego na UW szukać. Tutaj są tylko ekolodzy i paleontolodzy, zoologów natomiast nie ma. Odradził mi przy okazji zakład, do którego chodziłem wcześniej na seminaria. Dodał na zakończenie, że jeżeli chcę to robić, co mnie interesuje, to muszę się z UW zabierać. Wtedy nie posłuchałem. Okazało się jednak, iż rzeczony botanik miał rację.

W sierpniu pojechałem na następny wyjazd terenowy. Był to dalszy ciąg podróży do jądra ciemności. Tutaj również naiwnie spodziewałem się niezapomnianej przygody, a nie praktycznego kursu socjologii, powinienem wręcz rzec, patosocjologii. Myślałem, że przynajmniej z ludźmi z tamtego zakładu przyjdzie mi się dogadać. Okazało się, że nie. Przez dwa tygodnie doświadczałem od kadry różnych uszczypliwości. Odkopano moje preferencje polityczne i ośmieszano mnie przed całą grupą z tego powodu. Próbowano na wszelkie sposoby zrobić ze mnie pieniacza i idiotę. Zostałem jedyną osobą, która dostała niższą ocenę niż cała reszta. Nie z powodu małych nakładów pracy, tylko dlatego, że im zawadzałem. Wyszło przy okazji, jak to opłaca się mieć swoje zdanie na temat autorytatywnie wygłaszanych poglądów kierownika tamtego zakładu; byłem niepokorny, więc musiałem słono zapłacić. Pokazali mi najniższe miejsce w porządku dziobania, używając ukutego przez Schlejderup-Ebbe terminu. Jedna osoba z kadry posunęła się nawet do użycia mocno pejoratywnego terminu na określenie mojej osoby. A nade wszystko w pewnym momencie chciałbym mieć déjà vu. Ponownie usłyszałem, że mam odłożyć ołowiane żołnierzyki. Tym razem pogrożono mi pracą na kasie w Biedronce. Czyżby zapomnieli, że owady mają ogromne znaczenie we wszystkich ekosystemach lądowych? Tego nie wiem, w każdym razie oni nie traktowali mnie jako człowieka z już ukształtowanymi zainteresowaniami, tylko jako tabula rasa, że da się ze mnie zrobić swojego celem późniejszej eksploatacji.

Wnioski z tego wszystkiego są bardzo przykre. Ludzie przychodzący na studia, nie wiedzący, czego chcą od życia, mają chyba lepiej. Oni się dopasują do istniejącej rzeczywistości na zasadzie „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Nie będą dostrzegać żadnej alternatywy. Człowiek, który ma jasne oczekiwania, będzie miał gorzej. Największy problem pojawi się wtedy, gdy okaże się, że interesuje się rzeczami, których nikt tutaj nie robi, że samodzielny rozwój zapędził go w ślepą pułapkę. Okaże się, że kadra jest drętwa, często skrajnie wyspecjalizowana, taki człowiek zostanie na lodzie. Będzie musiał pogodzić się z brakiem kompatybilności z tym miejscem, ewentualnie poszukać innego miejsca do życia. A chyba na studia nie idzie się tylko po to, żeby mieć przed nazwiskiem „lic” lub „mgr”.

nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.144 | powered by jPORTAL 2