Strona główna    Kontakt z Redakcją NFA    Logowanie  
Szukaj:

Menu główne
Aktualności:
Gorący temat
NFA w mediach
NFA w opiniach
Jak wspierać NFA
Informacje

Linki

Rekomenduj nas
Redakcja
Artykuły
Nowości
Europejska Karta     Naukowca
Patologie środowiska     akademickiego
Oszustwa naukowców
Mobbing w środowisku     akademickim
Etyka w nauce i edukacji
Debata nad Ustawą o     Szkolnictwie Wyższym
Perspektywy nauki i     szkolnictwa wyższego
Czarna Księga     Komunizmu w Nauce i     Edukacji

Wszystkie kategorie
Inne
Reforma Kudryckiej
Postulaty NFA
Reformy systemu nauki
WHISTLEBLOWING
NFA jako WATCHDOG
NFA jako Think tank
Granty European Research Council
Programy,projekty
Kij w mrowisko
Kariera naukowa
Finanse a nauka
Sprawy studentów
Jakość kształcenia
Społeczeństwo wiedzy
Tytułologia stosowana
Cytaty, humor
Listy
Varia
Czytelnia
Lustracja w nauce i edukacji
Bibliografia NFA - chronologicznie
Subskrypcja
Informacje o nowościach na twój e-mail!
Wpisz swój e-mail i naciśnij ENTER.

Najczęściej czytane
Stanowisko NIEZAL...
Tajne teczki UJ, ...
Mobbing uczelniany
Darmowy program a...
Amerykańska konku...
Inna prawda o ucz...
Powracająca fala ...
O nauce instytucj...
Jasełka akademick...
Urodzaj na Akadem...
Menu użytkownika
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Strefa NFA
Statystyki

użytkowników: 0
gości na stronie: 2


Polecamy

NFA na Facebook'u

Ranking Światowych Uczelni 2009







Artykuły > Reforma Kudryckiej > Problemy skali, czyli czego mi w artykule prof. Życzkowskiego zabrakło

Waldemar Korczyński

 

Problemy skali,

czyli czego mi w artykule prof. Życzkowskiego zabrakło


Artykuł prof. Życzkowskiego „Indeksy cytowań i wiosła Jak konstruktywnie wykorzystywać dane bibliometryczne?” http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=542 przeczytałem bardzo – jak mi się wydaje – dokładnie.

Autor przyjął chyba za oczywiste, że pisze o konkretnej, zastanej rzeczywistości, a przesłanie tekstu to wskazanie jak dalece sytuacja w Polsce od tej (europejskiej i światowej) rzeczywistości odstaje i co można zrobić aby dystans ten zmniejszyć. Przy takim założeniu artykuł jest bardzo celny i jak najbardziej „na miejscu”.

Jedyne o co można mieć do Autora pretensje, to fakt, iż założenia tego wyraźnie nie wyartykułował, co sprawia wrażenie, że oto dana rzeczywistość jest jedyną możliwą i jako taka jest „ex definitione” najlepszą.

Ja nie jestem jednak przekonany, że naprawdę idziemy (jako tzw. nauka) w dobrym kierunku. Nie mam zamiaru powtarzać wielokrotnie tu wypowiadanych stwierdzeń o konsekwencjach zjawiska swoistej sakralizacji nauki ani sensowności traktowania pracy twórczej (również „tfurczej”) jako niewiele się różniącej od pracy przy taśmie produkcyjnej, ale pozwolę sobie zauważyć, że na poświęconym reformom szkolnictwa i nauki panelu Kongresu Obywatelskiego jako jedno z pierwszych stwierdzeń zacytowano wypowiedź (chyba prof. Żylicza), że „odkryć zaplanować się nie da”. Ta dziedzina działalności człowieka obarczona jest wyjątkowo dużym ryzykiem i planowanie czy jakakolwiek próba ujęcia jej w „normalne” ramy organizacyjne ma małe szanse powodzenia.

Z drugiej strony nie można przecież wydawać pieniędzy podatnika np. losowo lub „po uważaniu”. To trudny dylemat i dobrych rozwiązań to tu pewnie nie ma. Chcę powiedzieć jasno; ja rozumiem, że Polska to nie USA, które mogą sobie pozwolić na naukowa autarkię (jeśli w ogóle ktokolwiek może), ale to my (i reszta „demoludów”) mamy to co mamy i ta specyficzna sytuacja może być nie tylko kulą u nogi ale też okazją do zmian, które w krajach „stabilnej demokracji” miałyby dziś małe szanse akceptacji. My kraje te za parę lat dogonimy i będziemy razem z nimi patrzeć jak dynamiczni Azjaci spychają naszą konkurencyjną naukę na poznawczy margines. W tym paradygmacie (konkurencyjność) to my gonimy tych szybkich, ale za nami są jeszcze lepsi i lepiej zmotywowani (a ponadto jest ich trochę więcej). To też składowa obecnej sytuacji.

Myślę więc, że obok absolutnie koniecznych starań o wyciągnięcie jak największego kąska z unijnego (i innych) wora dotacji na naukę warto może trochę uwagi poświęcić sygnalizowanym m.in. również na wspominanym tu wielokrotnie Kongresie Obywatelskim problemom dla nauki zasadniczym, a mającym charakter trochę podobny do kłopotów z poznaniem znanych z niektórych dziedzin nauki, np. zasadą Heisenberga czy twierdzeniami Goedla.

Generalnie chodzi o to, że tak naprawdę, to my niewiele wiemy o tym jak stymulować rozwój kreatywności „dużego wymiaru”. Chodzi tu o stwarzanie warunków do powstawania „odkryć przełomowych”, które nie tylko posuwają naszą wiedzę o krok do przodu i dosypują jedno czy dwa ziarnka do kopca jakiejś teorii, ale o takie, które są zalążkiem nowego kopca i zmieniają jakiś paradygmat naszego postrzegania świata.

Nie mam zamiaru rozwijać tu tego tematu, ew. zainteresowanych odsyłam do tekstów R. Galara, który pisze o tym od kilku co najmniej lat, ale chciałbym tu zauważyć, że wygląda na to, iż tak przez dużą część (jeśli nie większość) z aktywnych naukowo ludzi hołubiona konkurencja raczej tu przeszkadza niż pomaga.

Przeszkadza, bo nie pozostawia wiele czasu na konieczną refleksję nad wynikiem, nie pozwala dobrze go „przetrawić” ani nawet odnieść do tego co jest.

Nie ma czasu, bo trzeba dbać o wynik punktowy, o to inni zręcznie i dobrym językiem napisanymi pracami nie wyeliminowali autora odkrycia z nauki.

Nie ma czasu, bo trzeba tworzyć prace, które znajdą uznanie recenzentów i pozwolą na kolejny awans lub choćby zachowanie pozycji.

Nie ma czasu, bo dobremu naukowcowi chętnie „podrzucą” recenzowanie cudzych prac, co choć może (ale nie musi!) być inspirujące, to jednak wybije go z rytmu pracy. Nie ma czasu, bo aby bronić możliwości pracy twórczej dla siebie i współpracowników trzeba powalczyć o dobre miejsce w systemie (jakieś funkcje, stanowiska itp.).

Tych „nie ma czasu” jest mnóstwo i każdy potrafi tu pewnie coś dołożyć. A ponieważ większość uczonych uważa (lub przynajmniej uważa, że uważa), że ma szanse coś w nauce osiągnąć, więc konkurencja nie zawsze bywa uczciwa i „przewalanki” lub „uwalanie” konkurentów zdarza się coraz częściej. A jak się coś raz przewaliło lub – być może intelektualnie lepszego, ale mniej wycwanionego – konkurenta załatwiło, to dbać trzeba, by sprawa się nie rypła, bo „etos naukowca” nakazuje coś z takim fantem zrobić. Ja wprawdzie nie słyszałem, by w nauce lub szkolnictwie wyższym autor przekrętu lub „uwalenia” Bogu ducha winnego człowieka jakieś konsekwencje poniósł, ale sam wstyd i ew. poruta w środowisku do kolejnych przekrętów w obronie status quo zachęca.

Aby z tym walczyć powołuje się rozmaite gremia ludzi wysoce etycznych, ale ja mało o ich działalności słyszałem. Może ktoś z czytających te słowa skarci mnie i pokaże, że nie mam racji i strażnicy uczciwości konkurowania w nauce są równie sprawni jak niejaki Walker – strażnik Teksasu – i liczni jak Armia Czerwona w 1945 roku. Ja znam jednego, Marka Wrońskiego, który – z tego co wiem - zajmuje się wyłącznie plagiatami i raczej nie ma zamiaru dać się sklonować.

Mamy dziś nie tylko problem dobrej oceny dorobku naukowego, ale – nie wiadomo czy nie większy – kłopot z technicznymi trudnościami w ocenie ludzi. Akceptowanie niejawności tego co ludzie napisali czy powiedzieli, wydumane, lokalne, ocenianie według zasady Pawlaka „sprawiedliwość sprawiedliwością, ale moje musi być na wierzchu” i kupę podobnych pozornie małych kłopocików. Ja pokazywałem na blogu „Academicus Poloniae” niektóre wady każdej oceny parametrycznej, bo wydawało mi się, że nagłośnienie tych problemów spowoduje odzew w postaci dyskusji o problemach z ocenianiem ludzi. Tak się nie stało. Zasugerowałem pewne, oczywiste w istocie, zasady, które jak myślę mogłyby problem nie tyle rozwiązać – to nie jest zadanie jednorazowe, lecz proces, który trzeba stale monitorować – co trochę do toczącej się dyskusji przybliżyć. Sugerowałem m.in. całkowitą jawność oceny dla ocenianego i konieczność uzasadnienia kompetencji oceniającego. Dziś tego nie ma.

Jeśli ja dobrze prof. Życzkowskiego zrozumiałem, to sugeruje on, że problem uczciwości rozwiąże się sam poprzez obiektywne „punktowe” ocenianie i równie obiektywne, anonimowe oceny wniosków o granty. Może tak i będzie. Za sto lub więcej lat, gdy wymrą nie tylko autorzy obecnej mizerii naszej, ale i ich prawnuki, którzy już dziś lekcje konkurencyjności stosowanej pobierają.

Chcę być dobrze zrozumiany; nie twierdzę, że nauka polska uległa jakiejś masowej demoralizacji, nie uważam, że wszyscy decydenci kombinują tylko jakby tu coś zamataczyć i przekrety jakoweś ukryć. Niczego takiego nie mówię. Wiem jednak, że coś jest tu nie w porządku (ten pogląd podziela zdaje się spora grupa ludzi), bo mechanizm funkcjonuje źle, a winnych ani śladu (o tym jakoś cicho). Jeśli ja dobrze zamiary reformatorów rozumiem, to proponują oni zmiany systemowe, których integralną częścią jest wprowadzenie konkurencji dla ludzi w systemie „nowych” oraz tych co nie mieli nic do gadania i pozostawienie zahartowanych w dotychczasowych bojach systemowych „starych” na wywalczonych pozycjach. Staram się, oczywiście, zrozumieć delikatność materii i niechęć do rewolucji, które są nieprzewidywalne i pożerają zwykle swe najlepsze dzieci.

W dużych ośrodkach, gdzie w miarę uczciwa konkurencja już w wielu miejscach funkcjonuje, rewolucja rzeczywiście mogłaby dziś sporo namieszać i nie wiadomo, czy bardziej by pomogła czy zaszkodziła. W małych skończy się to jednak fatalnie. Tu bez jasnego „sprawdzam” nic się nie uda.

Być może Autor liczy na to, że realizacja koncepcji „uczelni flagowych” rozwiąże ten problem poprzez marginalizację tych małych ośrodków. Miałby tu rację. Ale to trzeba wyraźnie powiedzieć. Tak by w tych małych ośrodkach było to słyszalne. Może w tych małych ośrodkach dobrze byłoby, aby naprawianiem lokalnej nauki i szkolnictwa zajęli się też zwykli ludzie. Tacy „z ulicy”, nie mający z nauką nic wspólnego. Może warto spróbować znaleźć wśród nich chłopców, którzy krzykną czasem, że oto król jest nagi.

Dbający o naukę i jej opinię lokalni uczeni raczej tego nie zrobią. Z tego co wiem, to w rozmaitych gremiach wielu dobrych zachodnich uczelni – również tych najlepszych - jest kilku takich zwykłych obywateli, co to o świętości nauki nigdy w życiu nie słyszeli. I uczelnie te jakoś funkcjonują.

Może warto by też pomyśleć o tym, jak zainicjować można jakąś formę nauki, a być może i nauczania, które nie będą zinstytucjonalizowane. Ot tacy sobie „wolni strzelcy”, którzy trochę się tym czasami pobawią, żyją z czego innego, ale chcieliby jakoś z „prawdziwymi uczonymi” pogadać. Ja, tak naprawdę, nie czynię

Autorowi żadnych zarzutów, nie jestem nawet pewien czy byłoby dobrze, gdyby to On właśnie wspomniane niedopowiedzenia usunął.

Artykuł, o którym mowa, jest bardzo dobry merytorycznie (m.in. poprzez podane zestawienia) i potrzebny. Ten tekst, to po prostu próba dopisania na marginesie oryginału kilku uwag faceta, który się osobiście na te „niedomówienia” nadział i chciałby innych przed czymś takim przestrzec. „Nowe” zawsze może wrócić.


nfa.pl

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.
0.022 | powered by jPORTAL 2